artykuly-Książka do przeglądania
Losowe zdjęcie
Kaszubi na Giewoncie 30
Pomerania
Wygląd strony

(2 skórki)
Kaszëbskô Jednota | www.kaszebsko.com
Stowarzyszenie Osób Narodowości Kaszubskiej

Książka do przeglądania
Author: Gość ()
Published: 05.10.2009
Rating 3.35
Votes: 23
Read: 6497 times
Article Size: 14.63 KB

Printer Friendly Page Tell a Friend

Na początku roku ukazała się obszerna praca prof. Cezarego Obrachta-Prondzyńskiego pt. „Kaszubskich pamiątek skarbnice. O muzeach na Kaszubach - ich twórcach, zbiorach i funkcjach kulturowych”. Została ona przychylnie przyjęta i nagrodzona. Nie ujmując nic autorowi i jego pracy publikujemy garść uwag na jej temat, polecając przy okazji lekturę.

Niełatwo powstrzymać pokusę, by recenzji dzieła o tak kilometrowym tytule nie zatytułować przynajmniej jakimś trzynastozgłoskowcem. Dowcipy jednak odsunę na bok jako nieistotne, z żalem też zapowiadam, że z powodu rozmiarów książki nie będę mógł napisać o niej wszystkiego. Pominę amatorsko skrojoną okładkę, powtórki zdjęć i drobne detale językowo-redakcyjne, jak interpunkcja, śródtytuły czy skróty. Są bowiem sprawy ważniejsze.

Jedną z nich jest charakter książki, która - jak już wskazano w mediach - nie jest przewodnikiem po kaszubskich muzeach, nie jest też ich kompletną historią, o czym lojalnie informuje autor we wprowadzeniu. Czym więc jest? „O kaszubskich to muzeach gawęda” - odrzekłbym na takie pytanie. Świadczą o tym: dość luźny plan pracy, zawijasy chronologii, przeskoki geograficzne, tematyczne i personalne oraz język, o którym niżej.

PT Autor we wstępie (s. 12) wyraża żal, że nie powstała jeszcze pełna monografia tematu (co od razu prowokuje, by zapytać czemu „Skarbnice” nią się nie stały), a zatem jego dzieło to chyba tylko szkic. Można się spodziewać, że praca będzie kontynuowana - choć nic w książce tego explicite nie wskazuje.

Pierwszy recenzent księgi p. Zdzisław Zmuda Trzebiatowski wychwycił już kilka rzucających się w oczy niedostatków pracy C. Obrachta-Prondzyńskiego, jak brak indeksów nazwisk i miejscowości oraz sylwetek głównych postaci. Rzutuje to niestety na wartość roboty, bo praktycznie niepodobna czegokolwiek w niej znaleźć. Jeśli dodać, że w treści w żaden sposób nie wyróżniono o czym aktualnie mowa, nie zastosowano porządku alfabetycznego czy geograficznego, czy jakiegokolwiek innego, a spis treści sporządzono nieprzejrzyście - trudno po sprawiedliwości ocenić ją jako coś więcej niż obszerną rozprawkę. I to mimo pozorów naukowości, czyli przypisów, aneksów, cytatów i obszernej (acz lekko niejasnej i niepełnej) bibliografii. Czegoś tu jednak po prostu brak.

Wspomniany recenzent zauważył dwoistość konceptu, czyli połączenie historii i socjologii, które stanowi nieodłączną cechę istoty naukowej osobowości autora „Skarbnic”. Po lekturze odnosi się wrażenie, że o ile historyk nie wadził tu socjologowi, to ten drugi jednak dość mu przeszkadzał w uzyskaniu wyraźnego spojrzenia na temat i przelaniu go na tzw. papier. Połączyć ich w jakiegoś „histo-loga” się nie dało. Samo opatrywanie fragmentów historycznych dygresjami „socjo” niewiele daje.

Pierwsze pół setki stron „Kaszubskich pamiątek skarbnic” należy do Prondzyńskiego-socjologa. Jego słowo wstępne bardzo sensownie zarysowuje podjętą tematykę i wylicza dylematy stające przed badaczem, podaje też w zasadzie uogólnienia i wnioski płynące z tych badań, choć ich miejsce byłoby na końcu. Pierwszy rozdział książki też odnosi się do współczesności i kontynuuje te dylematy, podpiera się poza tym badaniami socjologicznymi, które bardzo luźno wiążą się z meritum. Nasuwa się nieodparta sugestia, by oba fragmenty skrócić i połączyć, a najlepiej jeszcze przesunąć w dalsze rejony pracy.
„Muzealnictwa kaszubskiego początki” to najlepszy fragment księgi. Omawia on wszystkie ważniejsze inicjatywy do wybuchu wojny. Opiera się na bogatej literaturze przedmiotu, z której wyimki wypełniają ponad połowę tekstu. Ma to pewne zalety, bo praca jest w ten sposób solidnie podbudowana, ale widać wyraźnie, że najbliższym sercu PT Autora gatunkiem literackim są wypisy. Przydałoby się przesunąć proporcje na rzecz komentarzy z naszej - bądź co bądź wciąż powiększającej się - perspektywy historycznej. Tym niemniej lekturę tę odbywa się z pożytkiem i przyjemnością, którą pogłębiają ilustracje i bardzo czytelne reprodukcje, będące w zasadzie też częścią tekstu, choć czasem cytaty z nich różnią się od wersji macierzystej. Inne drobne felery to np. brak zdjęcia B. Stelmachowskiej czy objaśnienia pojęcia „przemysł ludowy”, ale równoważy je z nawiązką pozytywny wydźwięk tekstu. Pięknie zaznaczają się w nim postaci ofiarnych działaczy i organizatorów, często też samotników, na których cały ten interes się wspierał: Majkowskiego, Gulgowskich, Krajewskiej czy Juliana Rydzkowskiego, który wydaje mi się największym bohaterem książki.

Najdłuższy rozdział autor zechciał poświęcić latom Polski Ludowej. Są to również wspomniane - i często bardzo ciekawe - wypisy, daje się już odczuć skakanie po temacie oraz mniej wyraźną niż poprzednio cezurę. O ile oddzielenie historii kaszubskich „skarbnic” latami wojny jest jak najbardziej sensowne, bo zostały one praktycznie całkowicie zniszczone, to już upadek PRL-u takich dramatów nie przyniósł i część placówek płynnie przeszła w fazę kapitalistycznej normalności. Na tak postawionej chronologicznej bazie zbudował jednak autor swą narrację - widać, że można było lepiej.

Owe ponad 200 stron (czy to nieświadomy hołd dla pogardzanej epoki?) kontynuuje zarówno język, jak i konsystencję strukturalną poprzedniego rozdziału. To trochę dziwi, bo choćby kilka ostatnich lat dziejów kaszubskich muzeów mógł PT Autor znać z autopsji, nie ma jednak w pracy nic bardziej odautorskiego - a we wstępie nasz badacz zastrzega się, że temat zna od wielu lat i ma pewne, jak pisze, „skromne” doświadczenia (s. 22). Nie widać ich, a bibliografia wymienia tylko trzy artykuły ściśle na temat.

Widać za to te zaburzenia chronologii i skoki po tematach, a także wielką atencję autora dla projektów niezrealizowanych, po których został tylko pożółkły papier. Historia staje się tu historią zza biurka, historią zmian prawnych i organizacyjnych, historią biurokracji i historią historii, jeszcze do tego widzianą przez pryzmat relacji prasowych - a więc papierowym pozorem. Walczył tu Prondzyński-socjolog z Prondzyńskim-historykiem, zwycięstwa nie odniósł, zostawił jedynie pewne pobojowisko. Lektura jego jest już dość męcząca i brak przy niej pewnego dodatniego czytelniczego napięcia, że tak powiem. Częściowo to chyba wina ewidentnego déjà vu, odczuwa się też tu najdotkliwiej braki koniecznego aparatu. „Chaos zamiast historii” - rzec można, nieco na wyrost parafrazując myśl innego autora i na inny temat.

Dalej jest nawet bardziej. Temat przerasta autora i książka się rozłazi. Ponad sto stron poświęcone współczesnej sytuacji „Kaszubskich pamiątek skarbnic” prezentuje przemieszanie fragmentów ich dziejów z rozlicznymi dygresjami ponad sensowną miarę. To prawie czysty chaos - bez historii. Ulubioną metodą narracji jest tu rzucanie przykładami i uogólnieniami zamiast jakiegoś całościowego obrazu. Pozwala to dowolnie aranżować tekst i omijać pewne odcinki czasowe. Ogólniejsza myśl się w tym gubi.

Prowizorka ta przechodzi w zakończenie, gdzie autor uzupełnia listę wniosków ze wstępu oraz pytań, które również począł tam stawiać, zaznacza bardzo ważkie problemy, potrzeby badawcze i perspektywy, czyli jakby szkicuje nową książkę. W starej zwycięża socjolog, ale nie jest to wiktoria. Mamy bowiem w jednej oprawie dwie pół-monografie, jednak - inaczej niż w arytmetyce - dodanie tych połówek do siebie daje tylko... pół.

Cezary Obracht-Prondzyński zamierzył swe dzieło jako „próbę przedstawienia” (s. 13), więc niesposób wyjść z niej na tarczy. Skarbnice to w istocie tylko próba, niepierwsza w dorobku autora, bardzo zbliżona do poprzedniej, czyli pół-monografii ZK-P „Zjednoczeni w idei”. Kontynuacji doczekał się „wypisowy” styl kompozycyjny, mieszanie perspektyw, fragmentaryczność, nieweryfikowanie danych oraz język. Wobec ogromu cytowanych danych statystycznych i sprawozdań wprost zdumiewa wiara autora w ich adekwatność, lotność czy precyzję wysłowienia tego, „co pomyśli głowa”, oraz merytoryczną wartość. Wielokrotnie czytamy passus w stylu: „Warto w tym miejscu przytoczyć obszerne fragmenty sprawozdania” (s. 219), gdy wystarczyłaby rekapitulacja. Wypisy z materiałów przechodzą w wyciąg z tematyki, a ilość tych protokołów i narad jest nie do wytrzymania! W cytatach sporo jest też rozlicznych usterek, które chyba tylko w dwóch miejscach PT Autor zechciał skorygować. Wręcz można odnieść (błędne, mam nadzieję) wrażenie, że są one dobrane celowo, by pogrążyć postaci z tych ponurych lat, lat rozkwitu kaszubskiego muzealnictwa. Inaczej nie umiem uzasadnić cytowania np. takiego dictum: „dziś śp., wtedy doc. dr hab.” (prof. Borzyszkowski o W. Odyńcu, s. 266).

Język własny badacza niestety harmonizuje z niewysokich lotów polszczyzną tych starych szpargałów i nie zaliczyłbym tego do zalet dzieła. Zaznacza się w nim najwyraźniej nieprzejrzystość, nieścisłość i rozwlekłość myśli: „Muzea regionalne miały przy tym z jednej strony pokazywać odwieczność kulturowej obecności na danym terenie (stąd moda na archeologię, czy jak mówiono w końcu XIX w. na starożytnictwo), a z drugiej strony miały udowadniać, że kultura ludowa jest prawdziwym depozytariuszem kultury (i ducha) narodowej (stąd popularność zbiorów etnograficznych)” (s. 81). Tekst nie został sprawdzony przed drukiem i można w nim znaleźć prawie 400 usterek językowych. Wiele z nich jest nieświadomie humorystycznych: „palcówki” muzealne (s. 460), „popielice” twarzowe (s. 410), kultura „lodowa” (s. 460), „przestępne” ceny (s. 250), ruch „śpiewający” (s. 533), wiedza o „ryczeniu” (zamiast o „rybaczeniu”, s. 405), spuścizna „piśmienna” (s. 422), edukacja „zginalna” (ss. 436 i 567), „obrzeżowość” kaszubska (s. 452). To tylko część „kwiatków” dzieła, w którym „muzea” mylą się z „muzami” (s. 374), punkty „biblioteczne” z „muzealnymi” (s. 227), „tren” z „terenem” (s. 334), „czkanie” z „czekaniem” (s. 377), „położna” z „położoną” (s. 390), „rzucenie” z „Rzucewem” (s. 406), „Lipsk” z „Lipuszem” (s. 398), „grafity” z „Gryfitami” (s. 454), a „zabytki” ze „zbytkami” (s. 344), do tego jeszcze Domu Zakonnego! Po cóż było publikować taki brudnopis? Sobie a... muzeom?

Bardzo zastanawiająco też brzmi informacja, że z okazji jakiejś rocznicy J. Rydzkowski „potrzymał” (s. 370) jakieś odznaczenie, ale kilka spraw jest poważniejszych niż te „michałki”. To nie Tadeusz Bolduan planował przed wojną budowę skansenu w Wejherowie, ale jego ojciec Teodor (s. 160), wspomnienia L. Młyńskiego wydają się późniejsze niż „1966” (s. 337), „A. Dunkers” nazywał się naprawdę „Duncker” (s. 398), „Wojewódzka Biblioteka Pedagogiczna” nazywa się w realu Pedagogiczną Biblioteką Wojewódzką (s. 413), Uniwersytet „imienia” Kard. S. Wyszyńskiego to też niepoprawna nazwa (s. 434), o. Piusa Turbańskiego przechrzczono na „Trybańskiego”, i to dwukrotnie (s. 448), a Towarzystwo Miłośników KPE na Towarzystwo „Przyjaciół” tegoż (s. 469). Pomyłek w nazwach i nazwiskach oraz ich odmianie, a także tytułach i nazwach obcojęzycznych, głównie niemieckich, jest w książce spory nadmiar. Dużo rzadziej trafiają się za to pomyłki liczbowe, choć dziwnie się czyta np. informację, że w 2006 r. muzea w Polsce odwiedziło 18,2 osób (s. 51), bo aż tak źle chyba nie było.
Można słyszeć czasem opinię, że liczy się idea, że takie duperele są nieistotne, bo nie wpływają na merytoryczną zawartość pracy. Mam przyjemność się nie zgodzić, a jak wpływają, pokażę na przykładzie najlepiej mi znanym - wejherowskiego Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej.

Po pierwsze, bardzo uproszczona jest jego geneza, zaczerpnięta zresztą m.in. z biografii A. Majkowskiego, że na okolicznościowym spotkaniu ktoś rzucił myśl o muzeum, a ktoś inny przypomniał, iż są przecież odnośne książki w bibliotece powiatowej, i tak „rodziło się” (s. 300) muzeum. Dokumenty prezentują obraz o wiele bardziej skomplikowany, w którym decydujące znaczenie miała ostatnia wola Franciszki Majkowskiej; wiele przy tym - zwłaszcza w kwestii lokalu dla muzeum - było sprzyjających okoliczności i wysiłku przedstawicieli władz i środowiska kulturalnego miasta. Po wtóre, pierwszy szef MPiMK-P Paweł Labuda nie był jego dyrektorem (s. 300), a tylko kierownikiem, i jako taki figuruje na wszystkich dokumentach, a także w statucie, który C. Obracht-Prondzyński zamieszcza w aneksie swego dzieła. Dalej, muzealny „Informator” nie był wydawnictwem ciągłym (s. 24), a jedynie cyklem trzech publikacji o zbliżonej nazwie i charakterze. Naukowa Rada Muzeum zaczęła działać dopiero w końcu 1970 r., a nie od początku istnienia tej instytucji (s. 303). Jej szefem był w istocie prof. G. Labuda, ale gdy pod koniec 1991 r. ustąpił, nadano mu tytuł honorowego przewodniczącego. Kolejna nieścisłość dotyczy rzekomych „ponad 30 lat” (s. 306) spędzonych przez placówkę na ul. Sobieskiego, bo były to lata 1972-95. Słynna praca „Muzea, a...” powstała na 30-lecie muzeum, a nie 35-lecie, które nastąpiło 3 lata po jej wydaniu (s. 17, błędnie ją też zatytułowano w tekście właściwym na s. 473). Z niej zresztą autor zaczerpnął większość informacji o ostatnich latach MPiMK-P, które nie zostały jeszcze monograficznie (ani nawet pół-) opisane. Jasna sprawa więc, że ostatnia dekada muzeum to tylko trzy rzucone na krzyż fakty, nieściśle podpisane zdjęcie (s. 464) oraz zawieszona w próżni statystyka za niewiadomo jaki rok (s. 385). Od dwóch lat firma ma nowego dyrektora, którego nazwisko w książce nie pada.

Idei więc tu niestety brak, za to mamy niewątpliwie jakąś historię alternatywną. A gdyby ktoś życzył sobie krótszego przykładu, to podam, że Izba Regionalna w Luzinie jedynie w połowie wygląda tak, jak w książce (s. 410), gdzie oparto się na publikacji sprzed prawie 10 lat. Placówka przepoczwarzyła się już kilka lat temu do własnego lokum, a w ubiegłym roku przeszła spod auspicji Szkoły Podstawowej pod zarząd gminy. W szkole pozostało jej martwe poprzednie wcielenie.
No cóż, panowie, jesteśmy na budowie, która może zaowocuje kolejnym piętrem wielkiego gmachu kaszubsko-pomorskiej wiedzy. „Kaszubskich pamiątek skarbnice” to w nim jednak tylko nie do końca wypalona cegiełka. Ale polecam jej lekturę gorąco. Najbardziej autorowi. (SC)



1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
Komentarze wyrażają poglądy ich autorów. Administrator serwisu nie odpowiada za treści w nich zawarte.
Wyróżnienia
Medal Stolema 2005   Open Directory Cool Site   Skra Ormuzdowa 2002