„Dzieje Lęborka” = 1,5 kg wiedzy à 80 zł

Date:  05.07.2011
Section: -Serwisy tematyczne
Powiem jak w starym dowcipie: jest dobrze, ale nie beznadziejnie.
Nie da się napisać wszystkiego, więc będę niestety upraszczał. Nie potrafię też jednym słowem określić tej – nie tylko z wyglądu – cegły. Jest to olbrzymi magazyn informacji, przekładaniec z bakaliami, kilkuczęściowy tasiemiec bez początku i bez końca, bo trudno ostatnie słowa tekstu („radość na twarzach kibiców”, s. 802) uznać za jakieś zakończenie. Jednocześnie nie jest to w pełni historia tytułowego grodu. Zarazem to coś więcej niż szkic, próba czy pierwsze podejście do tematu. Takie zresztą już było, niechcący też nazywało się „Dziejami Lęborka” i wyszło w Wyd. Poznańskim w 1982 r. pod red. Józefa Lindmajera i Teresy Machury. (nb. w nowych „Dziejach” pozycja ta prawie w ogóle nie istnieje.) Planując obecną książkę, niewątpliwie należało dać jej inny tytuł.
Zastanawiam się, jaki w ogóle był plan i jak się do niego ma rezultat wieloletniej pracy dużego grona autorskiego, któremu patronował prof. Józef Borzyszkowski. „Dzieje” są w dużej części akademickim podręcznikiem, obciążonym nadmiernymi przypisami, ujętym tematycznie, no i napisanym z minimalną atrakcyjnością i myślą o ewentualnym czytelniku. „Nie bierzemy jeńców” – to ewidentne hasło całości.
Do księgi tej pasuje przysłowie o kucharkach. Każdy z autorów ma odmienny styl, język, podejście do sprawy, swe ulubione koniki, a także repertuar rozmaitych potknięć. Inaczej nazywa pewne postacie czy miejsca, stosuje odmienne symbole i skróty, opiera się częściowo na innej literaturze – no i całą ją przytacza od nowa w przypisach. A jeśli dodamy do tego przyciężki tok wywodów i fatalną polszczyznę większości naszych historyków, to powstanie nam niestety coś w rodzaju zakalca. Najsłabiej wypadają rozdziały II i V, w których trafiają się błędy ortograficzne (np. „ważenie” piwa), stylistyczne (przywiązywanie „uwagi”, „rozprężenie” dyscypliny, „zaciąganie” opinii) oraz permanentne problemy z najprostszymi zdaniami. „Ogień rozprzestrzenił się lotem błyskawicy” (s. 270), „Składał się z 6 osób, którego skład ulegał częstym zmianom” (s. 568), „A potem zapanował chaos, nad którym nikt nie panował” (s. 182) – takich kwiatków jest w książce setka albo dwie. I o tyleż za dużo.
Oprócz jakiegoś „masteringu”, który by nadał dziełu pewną jednolitość stylu, bardzo potrzebne byłyby skróty. Rozdział I, autorstwa prof. Klemensa Bruskiego, jest w istocie historią Pomorza i na prawie 100 stronach o Lęborku wspomina się niezwykle rzadko. Warto jednak zauważyć, że autor miażdży w nim słynną datę powstania miasta „1285” jako ewidentne fałszerstwo, nie podając jednak nic konkretnego w zamian. Rzuca się też w oczy nieobecność rzekomej (?) łacińskiej nazwy miasta, czyli „Levino”, choć rozmaitych różnojęzycznych wersji pisanych jej postaci jest w tekście wiele.
Rozdział drugi, napisany przez prof. Zygmunta Szultkę, jest z kolei historią ziemi lęborskiej z przyległościami i niemal tyle samo mówi o Słupsku czy (zwłaszcza) o Bytowie, co o Lęborku. Jest surowy i drętwy, a prawie wszystkie istotne fakty powtarzają się w nim bez potrzeby po kilkakroć: grawamina, system kantonalny, fizyk powiatowy, pożary oraz oczywiście „progresywny rozwój”, widoczny ponoć w dziejach miasta. Spotykamy tu sporo niedopowiedzeń, rozbieżności i pomyłek odnośnie nazwisk, dat i miejsc oraz czeskich błędów typu „Chabrowo” – „Charbrowo”. Wybierając się w tę podróż w przeszłość, już na początku mamy spory nadbagaż.
Rozdział III prof. Marka Stażewskiego (XIX wiek) można uznać już za lęborski. Napisany jest bez większych językowych usterek, ale wybitnie mdło i nieciekawie, z tasiemcowymi wyliczankami, streszczeniami tabelek oraz uzupełnieniami najprostszych rzeczy. „Tendencja do zmniejszania się tempa wzrostu” (s. 349), „zmniejszenie skali zjawiska śmiertelności niemowląt” (s. 362) – to przecież brzmi jak hasła z krzyżówki! A szkoda, bo z treści przebijają konkretne informacje o ciężkim życiu dawnych lęborczan (lub „lęborżan”, jak podpisano zdjęcie na s. 474), które można by atrakcyjnie sprzedać. Autor woli jednak do bólu cytować archiwalne niemieckie papiery, do których zresztą całe grono autorskie podchodzi w zasadzie bezkrytycznie. Prowadzi to do paradoksów i wypaczeń, bo jeśli czegoś nie ma w dokumentach, to nie było go w historii, jak np. lęborskie gestapo, z czego tłumaczy się już autor kolejnego rozdziału.
Rozdział międzywojenny (prof. Grzegorz Berendt) jest w „Dziejach Lęborka” najciekawszy, został też względnie sensownie zilustrowany. Czytamy w nim o wielu obszarach życia miasta i można już wyrobić sobie jakąś spójną jego wizję. Warto docenić obfitość nazwisk oraz nieunikanie kwestii mniej chwalebnych, jak kontrabanda przygraniczna, zły stan zdrowia mieszczan, działania komunistów czy olbrzymie poparcie dla faszyzmu. Może brakuje tylko jakiegoś planu przedwojennego Lęborka oraz większej ostrożności przy tłumaczeniach. Nie uwierzę, że „Heil Moskau!” znaczy „Niech Żyje Moskwa!”, i to jeszcze tak pisane.
Część drobnych usterek wielkiego dzieła można wytłumaczyć niedostateczną orientacją w terenie, której naukowcy spoza terenu Lęborka po prostu mieć nie mogli. Stąd np. oboczności w nazwach rozmaitych okolicznych wiosek i przysiółków („Kębłowo” – „Kłębowo”, „Dzech” – „Dziech”), niedostateczna lokalizacja rozmaitych obiektów, powtórki nazw np. ulic itp. Taki chaos jest poniekąd normalny. Z tym większymi oczekiwaniami uważny czytelnik zabiera się do lektury ostatniego rozdziału, który spłodzili naukowcy z Lęborka, a więc tubylcy, dr Bogdan Libich, w cywilu dyrektor lęborskiego ogólniaka, i dr Joanna Schodzińska, współpracownik Muzeum w Lęborku, również nauczyciel.
Rozdział ten jest najdłuższy i najtrudniejszy do przejścia. Lata powojenne przedstawiono w nim tematycznie, przez co do obłędu czytamy o tych samych faktach i ludziach, czasem pod różnymi nazwiskami (np. kpt. Korski) i w różnych okolicznościach (np. Lęborskie Dni Techniki). Mimo pozorów spójności są to tylko zlepy akapitów, rzucane w przestrzeń oderwane zdarzenia i postacie, o których dowiadujemy się niewiele. Zresztą w całej książce jeden jedyny Paul Nipkow ma jakiś zarys biografii (w dwóch miejscach i wersjach!) i może jeszcze ksiądz Paul Broschki, który jednak ma tu dwie daty śmierci i dwa nazwiska, a zdaje się żadne prawdziwe. Piszę to wszystko z żalem, gdyż od krajanów można było oczekiwać więcej. Tymczasem część żeńska wspomnianej pary wepchnęła do książki gotowca o czynach społecznych, a męska – okropnie nabożny tekst, rzekomo o „życiu religijnym” powojennego Lęborka, ale na tle dziejów całej chrześcijańskiej Europy.
Wywody bądź co bądź nauczyciela są też w całości nad wyraz niegramatyczne i bardzo smutne robią niestety wrażenie. Jego naukowa partnerka pisze poprawnie, ale płodzi językowe i logiczne potworki: „inna innowacja” (s. 650), „internat dla rozrastającej się liczby uczniów” (s. 725) czy „kierunek rozbudowy istniejącego stanu budynków i konieczność zabudowy plombowej” (s. 669). Do bólu można się na koniec „Dziejów” naczytać rzeczy marginalnych, dywagacji i dygresji, zbędnych komentarzy do współczesności, faktów podanych bezosobowo („utworzono”, „donoszono”, „powstało”), a zatem i bez nazwisk, i to na całych stronach, a także fluktuacji administracyjnych oraz laurek, np. o służbie zdrowia. Nawet godziny urzędowania gdzieś (s. 708) podano!
Takiej książki nie pisze się raz na dwa lata i można było się postarać. Brakuje w niej najmniejszych śladów redakcji, uzgodnienia zeznań, ujednolicenia tekstu, eliminacji powtórek oraz ogólnie spojrzenia okiem ewentualnego czytelnika. Potrzebny jest wykaz miejscowości, spis tabel, może też wkładka czarno-biała na lepszym papierze, a na pewno pełna bibliografia i kompletny indeks nazwisk, porządnie zredagowany. Trafiły do niego nieistniejące postacie, jak np. przysłowiowy „Jan Kowalski”, patroni ulic, ale oddzieleni od żywych osób („Stryjewski” i „Stryjewski Mieczysław”), a ponad 30 osób rozdzielono na dwie lub więcej. Architekt Victor de Port nazywa się też de Pont, lęborski pastor Carl Bogdan występuje także jako Bogdan Carl, a katolicki ksiądz Heinrich Kurz jako Kurt Heinrich. Tak też jest i w tekście, więc nie wiadomo, jak się on naprawdę nazywał. Jeszcze gorszy los spotkał gen. Kropotkina, który w książce występuje w dwóch wersjach, ale żadnej poprawnej.
Do indeksu trafili też patroni kościołów, więc najpopularniejszą postacią w „Dziejach Lęborka” w ogóle jest św. Jakub. Ale mamy tam i św. Salwatora, czyli błędne tłumaczenie niemieckiego słowa „Zbawiciel”. W książce jest kilka wersji tej nazwy i można odnieść wrażenie, że mowa o 3 czy 4 kościołach.
To wszystko nieliczne przykłady szaleństwa, którym są „Dzieje Lęborka”. Żal trudu, jaki zadali sobie dziejopisarze, bez najmniejszej odrobiny fantazji, automatycznie i z rozpędu tworząc taką kolubrynę, ale szkoda też wysiłku poligraficznego, no i czytelników – jeśli się znajdą. Ale skądinąd nieodparcie nasuwa mi się optymistyczna sugestia, że ten bałagan to nie są dzieje naszego miasta, że historia Lęborka jest inna. I może bardzo dobrze. (SC)

„Dzieje Lęborka”, red. J. Borzyszkowski, Miejska Biblioteka Publiczna w Lęborku i Instytut Kaszubski w Gdańsku, Lębork – Gdańsk 2009
This article comes from Nasze Kaszuby
http://naszekaszuby.pl

The URL for this article is:
http://naszekaszuby.pl/modules/artykuly/article.php?articleid=229

Copyright (c) 2024 by Nasze Kaszuby