Wiadomości - Miesięcznik "Pomerania" - Pomerania 7/2007
Losowe zdjęcie
Msza - wejście (2235)
Pomerania
Wygląd strony

(2 skórki)
Kaszëbskô Jednota | www.kaszebsko.com
Stowarzyszenie Osób Narodowości Kaszubskiej

Miesięcznik "Pomerania" : Pomerania 7/2007
Wysłane przez: sgeppert dnia 13.7.2007 16:38:50 (2774 odsłon)

Pomerania 07/2007Pewnego dnia robotnicy zakładający elektryczność wycięli wiele, nadających osadzie klimat, drzew, a na dodatek pojawił się w niej brzydki, klockowaty budynek ochotniczej straży pożarnej. Nie rozumiałem, dlaczego zezwala się na stawianie takiego „koszmaru” i bardzo to przeżyłem. Przez kilka lat nie potrafiłem tam jeździć. Straciłem bowiem coś, w czym wzrastałem. Wprawdzie dawny duch tego miejsca pozostał w moim sercu, w uczuciach, lecz z rzeczywistości zniknął. I to napawało mnie wielkim smutkiem. Zacząłem wówczas dociekać, jako to z tą architekturą być powinno.



Pomerania - miesięcznik wydawany przez Zarząd Główny Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Redakcja: 80-837 Gdańsk, ul. Straganiarska 21-22, tel. 058 3012731, e-mail red.pomerania@wp.pl



2. Listy

4. Iwona Joć, Domy z korzeniami (rozmowa z Janem Sabiniarzem)
Zainteresowanie architekturą sięga u mnie czasów dzieciństwa. Miałem w Borach Tucholskich dziadków, u których często spędzałem wakacje. Zawsze podziwiałem w ich wsi wielkie, stare drzewa, ochraniające dachy domów przed nadmiernym słońcem. Harmonię panującą między przyrodą a mieszkającymi tu ludźmi. Chata „starków” była ogromna, z grubych bali, z przestronnymi pokojami, pokryta gontem. Był to piękny świat, który w sobie zakodowałem, a który w jakimś momencie się skończył. Pewnego dnia robotnicy zakładający elektryczność wycięli wiele, nadających osadzie klimat, drzew, a na dodatek pojawił się w niej brzydki, klockowaty budynek ochotniczej straży pożarnej. Nie rozumiałem, dlaczego zezwala się na stawianie takiego „koszmaru” i bardzo to przeżyłem. Przez kilka lat nie potrafiłem tam jeździć. Straciłem bowiem coś, w czym wzrastałem. Wprawdzie dawny duch tego miejsca pozostał w moim sercu, w uczuciach, lecz z rzeczywistości zniknął. I to napawało mnie wielkim smutkiem. Zacząłem wówczas dociekać, jako to z tą architekturą być powinno. (więcej w „Pomeranii”)

7. Tadeusz Chrzanowski, Budownictwo regionalne na Kaszubach
Przyznając rację poglądom zawartym w wypowiedzi architekta Jana Sabiniarza, chciałbym spojrzeć na tytułowe zagadnienie okiem człowieka, który nie „uciekł w świat sztuki i w nim znalazł spełnienie poznając architekturę regionalną oczami malarza”, ale pozostaje na placu boju, mimo że czasami czuje się jak Don Kichot. Oczywiście J. Sabiniarz nie opuścił całkowicie swojego zawodu, zaś jego publikowane realizacje stanowią wzorzec budownictwa utrzymanego w duchu kaszubskim. Pełen zapału przyjąłem w 2000 roku stanowisko architekta w Kaszubskim Parku Krajobrazowym (KPK). Byłem przekonany, że wyniesione z pracy na rzecz ochrony zabytków doświadczenia będą mi pomocne w zachowaniu dziedzictwa kulturowego Kaszub i przynajmniej częściowo będę mógł przywrócić ich tradycyjną architekturę. Wydrukowane w nakładzie tysiąca egzemplarzy materiały z sesji pod tytułem „Regionalne budownictwo na Kaszubach jeziornych w XXI wieku” dotarły do ludzi z branży na tym terenie. Część z nich przeczytała je i stara się zawarte w nich koncepcje wcielać w swoich opracowaniach. (więcej w „Pomeranii”)

9. Sławomir Kitowski, Architektura a tożsamość i piękno
Wiosną tego roku w Gdańsku miała miejsce ważna debata publiczna z udziałem autorytetów, mianowicie II Pomorski Kongres Obywatelski, zorganizowany przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową. Ku mojej radości odbywał się on w imponującym obiekcie Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance. Liczba uczestników była adekwatna do rangi poruszanych zagadnień – widownia mieści tysiąc osób i trudno obecnie na Pomorzu o większą, piękniejszą salę. Moje wystąpienie na kongresie dotyczyło architektury i tożsamości lokalnej. W sercu Gdańska mówiłem o Gdyni, o tożsamości i etosie morskiej stolicy II Rzeczypospolitej. Swoje przemyślenia – „Architektura a tożsamość lokalna” – przedstawiłem na sesji zatytułowanej „Architektura Pomorska – ład czy nieład?”, prowadzonej przez dr. Piotra Lorensa z Politechniki Gdańskiej. Oba tematy przenikają się, mam z nimi do czynienia na co dzień w swojej pracy, pasji i działalności społecznej. (więcej w „Pomeranii”)

13. Wiesław Kupść, Dom dla ludu Bożego
Przez stulecia osiągnięcia w dziedzinie budownictwa sakralnego stanowiły główny nurt w architekturze. Dominujące w krajobrazie kościoły były obrazem kultury i aspiracji społeczeństw. Wystarczy wspomnieć tajemnicze świątynie romańskie, wielkie katedry gotyckie, piękne kaplice renesansowe, wypiętrzone kościoły baroku czy majestatyczne budowle klasycyzmu. Od XIX wieku zaczęły powstawać nowe, nieznane wcześniej obiekty. W miastach pojawiły się kominy fabryk, dworce kolejowe, biurowce, supermarkety... Kościoły zaczęły tracić rolę, jaką posiadały w otwartych wiejskich lub miejskich pejzażach. Doświadczenia powojenne, a w szczególności trudności na jakie natrafiały parafie podczas budowy nowych świątyń, wywołały nieoczekiwany skutek. Gdy udało się uzyskać pozwolenie rozpoczynano wznoszenie budynków sakralnych, mogących pomieścić tysiące wiernych. Takie były potrzeby i one zaowocowały powstawaniem kościołów wielopoziomowych, kompleksów skupiających kaplice, sale parafialne, plebanie, a nawet zespoły dla braci lub sióstr zakonnych. Pośpiech i duża skala potrzeb spowodowały, że przy tworzeniu tych wielkich budowli kościelnych zatraciła się pewna, niełatwa do uchwycenia wartość. Stalowe, przestrzenne dźwigary, kratownice, betonowe konstrukcje, pogłos, silne kontrasty płaszczyzn i światła zaczęły wypierać klimat skupienia, modlitwy jaki istniał w dawnych świątyniach. (więcej w „Pomeranii”)

16. Krzysztof A. Worobiec, Mazurska Sadyba
W Kadzidłowie, w województwie warmińsko-mazurskim, od wiosny 2004 roku działa Stowarzyszenie na rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur. Danuta Worobiec,, która wraz z mężem (autorem niniejszego tekstu) jest inicjatorką jego powołania, zaproponowała dodanie do nazwy słowa „Sadyba” (rzeczownika określającego „siedzibę”, „miejsce zamieszkane”), będącego synonimem wyrazu „siedlisko” (teren osiedlenia, dom, centrum, ognisko lub całokształt warunków np. w miejscu występowania roślin, zwierząt” itp.). Propozycję przyjęto i w ten sposób powstał pełen tytuł stowarzyszenia oraz jego adekwatny skrót: Stowarzyszenie Sadyba. Prezesem został Krzysztof Worobiec, wiceprezesem Danuta Worobiec, skarbnikiem Izabela Lota, zaś członkami zarządu – Jagienka Kass i Aleksander Potocki. Utworzenie Sadyby zakończyło etap nieoficjalnej, indywidualnej działalności założycieli, którzy w większości świadomie wybrali Mazury jako swoją „małą ojczyznę”. Opuścili duże miasta, ale nie było to „programowe zerwanie z cywilizacją wielkomiejską”, lecz zauroczenie pięknem pejzażu. Wraz z poznawaniem okolicy, jej historii, kultury i wnikliwym „czytaniem krajobrazu” pojawiały się obawy przed następowaniem negatywnych zmian w otoczeniu. Niepokój ten nie był bezzasadny, albowiem pochodną transformacji ustrojowej stały się coraz szybsze przeobrażenia w przestrzeni: znikały z niej malownicze drewniane płoty, budynki gospodarcze i cieniste aleje. „Modernizowane” fasady domów traciły swój urok, a oblicza miasteczek przybierały bazarowo-jarmarczną maskę nowoczesności. Zamiast wykorzystywać walory małomiasteczkowości i rustykalności (w znaczeniu pozytywnym, jak uczyniono to np. w rejonie Chianti – archetypie Toskanii), wybrano najgorszy wariant, tj. ślepe naśladownictwo „cywilizowanego Zachodu”. Zamiast mądrze czerpać z dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego, by rozwijać lokalne wytwórstwo, rolnictwo ekologiczne i związaną z nimi kwalifikowaną turystykę (tu kolejny ukłon w stronę Toskanii, gdzie idealnie sięgnięto po te walory, promując w wyznaczonych strefach nieuciążliwe gałęzie przemysłu), zezwala się na chaotyczną eksploatację krajobrazu. Buduje się byle gdzie i byle jak, zagradza brzegi jezior, niszczy ostatnie dzikie zakątki przyrody, a po wioskach straszą ruiny niechcianych zabytków. (więcej w „Pomeranii”)

19. Iwona Joć, Kamień w muzeach na wolnym powietrzu
Przy okazji obchodów 20-lecia istnienia Zagrody Gburskiej w Nadolu (o tym na str. 46) Muzeum Ziemi Puckiej (MZP) wraz ze Stowarzyszeniem Muzeów na Wolnym Powietrzu i samorządem gminy Gniewino zorganizowało konferencję skansenalogiczną pt. „Zachowanie obiektów niedrewnianych w muzeach na wolnym powietrzu. Metoda dokumentowania, przenoszenia, odtwarzania i konserwacji. Kamień, cegła, glina w budownictwie tradycyjnym”. Spotkanie odbywało się 22 i 23 czerwca w dopiero co otwartym, nowoczesnym Gniewińskim Centrum Kultury, a wzięli w nim udział etnografowie i inni pracownicy skansenów z całej Polski. No właśnie: czy poprawne jest użycie w tym przypadku powszechnie stosowanego względem muzeów pod gołym niebem słowa „skansen”? Według Teresy Lasowej, dyrektor Muzeum Kaszubskiego Parku Etnograficznego we Wdzydzach Kiszewskich – nie. – To nazwa własna muzeum w Sztokholmie – dowodziła. – Zresztą nie musi być skansenem (muzeum na wolnym powietrzu) każdy uratowany zespół zabytkowych drewnianych obiektów. Dla tych pozostałych, jak kompleksu takich budynków w Przeworsku, można by było wymyślić inną nazwę, bo ta jest tutaj nadużyciem. (więcej w „Pomeranii”)

21. Andrzej Grzyb, Strach ogórkowy (felieton)
Prognozowanie pogody na dzień 7 czerwca 2057 r. jest jak wróżenie z fusów. Babcia mówiła do ciotki: „A zrób bonkawę, aby nie lurkę, a diachła naszego”. W diachle, którego domagała się staruszka, łyżeczka musiała stać na baczność, jakby jej „knupel w żyć wetknęli”. Fusów tej kawy wystarczyło na wywróżenie pogody na miesiąc z okładem, ale nie na pięćdziesiąt lat.
Spróbujmy zmierzyć się z niemożliwym. W tym roku 7 czerwca, w południe Bożego Ciała, na termometrach było 260C. Jeśli dodać do tego wskazania średnią z przewidywanego wzrostu temperatury, czyli 3,60C, to otrzymamy wynik 29,60C. Piszą wszakże mądrzy, że w niedalekiej przyszłości (za ok. 50 lat) średnia temperatura na Ziemi zwiększy się o około 1,4-5,80C. Ten wzrost nastąpi, przynajmniej w części, w wyniku efektu cieplarnianego, który poważnie traktują nawet najpotężniejsi z Grupy G8, w tym oporne dotychczas Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. (więcej w „Pomeranii”)

22. Łukasz Grzędzicki, Pomorze negocjuje RPO
29 maja odbyła się w Gdańsku pierwsza runda negocjacyjna Regionalnego Programu Operacyjnego dla Województwa Pomorskiego na lata 2007-2013. Stworzony przez Samorząd Województwa Pomorskiego dokument będzie podstawą do wydatkowania środków unijnych znajdujących się w dyspozycji władz regionalnych. Prace nad RPO rozpoczęły się na Pomorzu w czerwcu 2005 roku, a w ich trakcie przeprowadzono m.in. szereg konsultacji społecznych. Wypracowany w ten sposób projekt 1 marca został przyjęty przez Zarząd Województwa Pomorskiego i przekazany do Komisji Europejskiej. Przewiduje się, że dyskusje nad programem potrwają do końca października br. W pierwszej rundzie negocjacyjnej, która w końcu maja odbyła się w Gdańsku, samorząd pomorski reprezentował marszałek Jan Kozłowski, natomiast rząd RP – minister rozwoju regionalnego Grażyna Gęsicka. Delegacji Komisji Europejskiej przewodniczył zastępca dyrektora Wydziału ds. Projektów Polskich w Dyrekcji Generalnej ds. Polityki Regionalnej Pascal Boijmans. Podczas spotkania strony wyjaśniły większość ze 130, zgłoszonych do pomorskiego RPO przez Komisję Europejską, uwag. Inne związane z nim kwestie omawiane będą podczas kolejnych rozmów, tym razem w lipcu w Brukseli. (więcej w „Pomeranii”)

23. Dariusz Majkowski, Nasz ci wojewoda (rozmowa z Piotrem
Karczewskim)

Czuję tę więź z Kaszubami i staram się, w miarę możliwości, uczestniczyć w organizowanych przez Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie uroczystościach. Wspieram też przedsięwzięcia, które mają miejsce na terenie Pomorza i Kaszub. Taką najważniejszą sprawą, która przy moim wsparciu jest w tej chwili realizowana, jest budowa pomnika Świętopełka Wielkiego. Myśl ta narodziła się podczas Dnia Jedności Kaszubów w 2006 roku. Po długim czasie pierwszy sformułował ją mój ojciec. Nawiązuje ona bezpośrednio do poprzednich działań w tym kierunku Aleksandra Majkowskiego w 1938 roku oraz Lecha Bądkowskiego w 1982 roku. Bądkowski chciał, aby pomnik stanął w Gdańsku, stolicy Kaszub i dawnego Księstwa Wschodniopomorskiego, którym książę Świętopełk skutecznie władał i bronił go przed zaborczymi zakusami Krzyżaków i Brandenburczyków. Powiedziałem o pomyśle prezesowi ZKP Arturowi Jabłońskiemu, który bardzo się ucieszył i wspólnie zaczęliśmy działać. Założyliśmy komitet budowy, zapraszając do niego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, prof. Brunona Synaka, działacza kaszubskiego, i ministra Jarosława Sellina, który też utożsamia się i sprzyja Kaszubom. (więcej w „Pomeranii”)

24. Monika Mazurek, Lesław Michałowski, Kaszubskość Gdyni
i Gdańska w oczach ich mieszkańców

Niecały rok temu przeprowadziliśmy badania wizerunku Gdańska i Gdyni. Chcieliśmy poznać opinie ich mieszkańców (w sumie 900 osób – 440 z Gdyni i 460 z Gdańska – próba reprezentatywna) o mieście, w którym żyją i drugim, będącym przedmiotem naszego zainteresowania. Ponieważ pytania głównie dotyczyły stereotypowych wyobrażeń o nich, dotknęliśmy m.in. „wątku kaszubskiego”, prosząc ankietowanych do ustosunkowania się do kwestii: „Które z miast jest bardziej kaszubskie – Gdańsk czy Gdynia? Badanych indagowaliśmy również o sprawy związane z obecnością języka kaszubskiego w przestrzeni publicznej na terenie Kaszub. Przy czym pytania były tak sformułowane, że nie dotyczyły problemu wprowadzenia dwujęzyczności w stosunku w konkretnego miejsca – bardziej chcieliśmy rozpoznać postawy gdańszczan i gdynian co do ogólnej zasady „dwujęzyczności Kaszub”. Pomysł włączenia „wątku kaszubskiego” do studiów nad wizerunkiem dwóch najważniejszych w województwie pomorskim, rywalizujących ze sobą, miast nie był przypadkowy. Interesowały nas bowiem skojarzenia i wyobrażenia przydające im dodatkowych, często wykorzystywanych jako konkurencyjne w stosunku do siebie, wartości. Kaszubskość nie jest tutaj elementem współzawodnictwa – jak na przykład przeciwstawiana historyczności Gdańska nowoczesność Gdyni – lecz istotną i podlegającą pewnej manipulacji cechą budującą całościowy „portret” wspomnianych miast. (więcej w „Pomeranii”)

28. Janusz Kowalski, Kaszubi nie są pazerni
Radni uczestniczą w posiedzeniach rad, ich komisji, spotykają się z wyborcami, podejmują interwencje oraz przygotowują się merytorycznie do tych działań. To zabiera czas i wymaga wysiłku. Na roli, podobnie zresztą jak we własnym sklepie, pracuje się równo w piątek i świątek. Za radnego te konieczne bieżące prace wykonuje jego rodzina lub osoba obca, której trzeba za to zapłacić. Kosztują też dojazdy do siedziby urzędu gminy, rozmowy telefoniczne itd. Rekompensatą za poniesione wydatki i trudy są diety. (więcej w „Pomeranii”)

29. Tomasz Żuroch-Piechowski, Władza bliżej obywatela (felieton)
Udało mi się wyprowadzić z równowagi premiera Rzeczpospolitej. Rzecz działa się w lutym ubiegłego roku w jednym z gdyńskich liceów, do którego z gospodarską wizytą przybył polityk nazywany przez wyjątkowych złośliwców Kazimierzem Krzywoustym. Dyplomatycznymi kanałami dostałem cynk, że premier odpowie na trzy pytania, jeśli o określonej porze i w określonym miejscu szepnę mu magiczne hasło: „Radio Kaszëbë”. Zanim do tego doszło, zostałem zatrzymany przed wejściem do budynku przez borowików z dyskretnymi aparatami w uszach. Dokładnie przeskanowano mnie jakąś długą czarną pałą (rzecznik praw dziecka niech tego nie czyta!), musiałem wyjąć z kieszeni wszystkie klucze i otworzyć torbę, z której wysypały się kanapki z serem poświadczające dobitnie mój VIP-owski status. Następnie usadzono mnie na ławce i kazano się nie ruszać. Po godzinie czy dwóch pojawił się ON, rozdając czarujące uśmiechy. Skończywszy oficjalną część spotkania, udał się do pokoju, w którym siedziało ciało pedagogiczne, a następnie wyszedł rozdawać autografy. (więcej w „Pomeranii”)

30. Krzysztof Szczepanik, Kaliningrad: rynek czy szaniec? (rozmowa z Władimirem Nikitinem)
Na początku lat 90. wydawało mi się, że Kaliningrad musi być Hongkongiem. Teraz już takim optymistą nie jestem. Potrzeba wielkich ułatwień dla biznesu, których w aktualnym prawie brakuje. Duma może zwolnić każdego poważnego inwestora z płacenia podatków na rzecz budżetu obwodowego na siedem lat. Kilka firm już z tego skorzystało. W grupie tej znalazła się między innymi wielka litewska Klaipedos Maistos i koreańska KIA. Inwestorzy oczekują od nas także właściwego klimatu politycznego, dobrych hoteli, bezpieczeństwa, odpowiednich dróg. Czasami wystarczy, że jeden wypadek – jak ten sprzed kilku lat, gdy polskim biznesmenom ich kaliningradzki kontrahent obcinał głowy – by w polskich mediach powstał dla nas bardzo nieprzychylny klimat. A przecież również i u was zdarzają się morderstwa. (więcej w „Pomeranii”)

32. Malwina Kreft, Pomorańcy w Oksytanii
Południowa Francja. Malownicze górskie widoki, dalej rozległe pola winorośli, niewiele lasów. Po siedmiu godzinach podróży francuskim TGV znaleźliśmy się w oksytańskiej Tarbrze (franc. Tarbres) – mieście, gdzie właśnie rozpoczęło się wiosenne seminarium YEN (Youth of European Nationalities – pol. Wspólnota Młodzieży Mniejszości Narodowych i Społeczeństw Regionalnych) zatytułowane „Languas capsus las frontieras” („Języki pogranicza”). Miejsce wybrane przez zarząd organizacji nie było przypadkowe. Francja była tuż przed wyborami prezydenckimi, a problem mniejszości narodowych w tym kraju jest naprawdę niemały. Oksytania zajmuje prawie trzecią część terytorium Francji. Składa się z trzydziestu dwóch departamentów. Jej pokaźny obszar utrudnia zorganizowanie jakichkolwiek ogólnoregionalnych uroczystości, nie udało się nawet skoncentrować działalności w jednym mieście, stworzyć czegoś na kształt stolicy. Elementem spajającym ludność nie jest też język, ponieważ do dziś nie został on zunifikowany. Dlatego mieszkańcy posługują się językiem d’Oc w trzech odmianach. (więcej w „Pomeranii”)

34. Marek Adamkowicz, Tabakiery pełne wzruszeń
23 czerwca w sali Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni odbyła się uroczystość wręczenia Medali im. Antoniego Abrahama „Srebrna Tabakiera Abrahama”. Przyznawana przez miejscowy oddział Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego nagroda, tym razem trafiła do Jadwigi Kirkowskiej, Brunona Synaka i Wojciecha Szczurka. Choć każda tych z osób została uhonorowana za aktywność w innej sferze życia społecznego, to tego dnia wszystkich połączyło wzruszenie.
– Starałam się zrobić dla Kaszub tyle, ile tylko mogłam – mówiła przejęta J. Kirkowska. Jej życiorys poświadcza, że w powyższych słowach nie ma przesady. Pani Jadwiga jest nauczycielką z niemal czterdziestoletnim stażem. W latach 70., jako jedna z pierwszych, zajęła się krzewieniem regionalizmu wśród uczniów. W owym czasie taka postawa bynajmniej nie była czymś popularnym, a już na pewno mile widzianym przez władze. Laureatka angażowała się także w działalność ZKP, do którego należy od 1974 r. Przez 20 lat związana z partem Pucku, w 1997 r. utworzyła oddział w Wierzchucinie. W miejscowości tej powołała do życia zespół Nasze Stronë, tutaj też każdego roku w lipcu organizuje Przegląd Dziecięcych Zespołów Regionalnych „Burczybas”. To oczywiście nie koniec zasług pani Jadwigi, jednak wyliczyć je wszystkie zwyczajnie nie sposób…(więcej w „Pomeranii”)

35. Kazimierz Ostrowski, Klan wanożników (felieton)
W czasie tak odległym, że większości uczestników spływów Śladami Remusa nie było jeszcze na świecie, a inni „chodzili na dziecinnych nóżkach”, pojąłem, iż wszyscy wodniacy tworzą osobliwą kastę. Łączy ich bowiem coś więcej, niż wprawne używanie szotów, steru i wioseł. Wsłuchując się w łopot żagli bądź luby chlupot wody pod dnem kajaka, wpatrując się w refleksy słońca na tafli jezior, w skry wieczornych ognisk nad brzegami Brdy, miałem nieprzeparte wrażenie zbratania z ludźmi, którzy są ze mną i wokół mnie. Wiem, że podobnych uczuć doznawali także ci, których z sobą zetknął przypadek; nieznajomi, a bliscy. Mimo upływu lat, trwam w przekonaniu o tajnych związkach wodniackiej braci. Niezbadana siła przyciąga ludzi na górskie szlaki. Dane mi było poznawać polskie góry wtedy, gdy wejście na Świnicę nie przypominało jeszcze miejskiego deptaka, pielgrzymkowe tłumy nie przepełniały dolin tatrzańskich potoków, karkonoskie schroniska dawały odpoczynek zmęczonym wędrowcom, zaś wieczorami rozbrzmiewały gwarem i śpiewem. Zauroczenie przestrzenią i widokami gór pozostało już na zawsze. Podczas tych pierwszych wędrówek jakże miłe sercu było zwyczajne „Dzień dobry”, wypowiadane z uśmiechem przez mijających się turystów; spotkanych po raz pierwszy, a przecież nie obcych, lecz bliskich sobie przez umiłowanie gór. Piękny ten zwyczaj pozdrawiania się słowem i gestem na skalnych ścieżkach Tatr czy na bieszczadzkich połoninach trwa nieprzerwanie jako świadectwo przymierza dusz. (więcej w „Pomeranii”)

36. Maciej Dęboróg-Bylczyński, Pamięć – istotą zakorzenienia (rozmowa ze Zbigniewem Żakiewiczem)
Przed wojną chodziłem do pierwszej klasy polskiej szkoły. Potem pamiętam bolszewików, Niemców, znów bolszewików... Wyjazd do Polski, czasy stalinowskie, czasy Gomułki... Co właściwie trwa? Tyle lat historii, a co jest trwałe? A z drugiej strony, przecież ja jestem ten i nie-ten. Ten sześciolatek i ten dojrzały mężczyzna. Stąd motyw rozszczepionych braci bliźniaków w „Białym karle”, podwójność tożsamości, szukanie jej... Bo historia oszalała na moich oczach... To też kompleks człowieka, który stracił jakąś przeszłość i widzi trudność w nietrwałej rzeczywistości... Na przykładzie rodziny widzę jak ważna jest pamięć, przeszłość, historia. Moje wnuki mają w tej chwili niezapisaną kartę – tabula rasa. Moja pamięć kresowa byłą jeszcze podtrzymywana w Łodzi, dzięki mojej mamie i różnym „ciotuleńkom”, Wilniukom. Był Markowski, którego opisałem w „Wilczych łąkach”, pani Puciatowa – późniejsza bohaterka „Ciotuleńki”, pan Butarewicz... Dzięki tym ludziom wspomnienie Kresów we mnie nie zginęło, przeciwnie. A tożsamość? Jestem poćwiartowany jak dżdżownica. Każda część żyje swoim życiem. Składają się na nią okresy: łódzki, opolski, w końcu gdański, który teraz trwa... (więcej w „Pomeranii”)

38. Iwona Joć, Stolem i dziennikarze
22 maja w gdańskim Ratuszu Staromiejskim członkowie Klubu Studenckiego „Pomorania” wręczyli Tomaszowi Fopke Medal Stolema. Odznaczenie to uważa się za najważniejsze w środowisku Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a przyznawane jest za wybitne osiągnięcia w pracy na niwie regionalnej. Otrzymali je już naukowcy, pisarze, poeci, aktorzy, dziennikarze, nauczyciele, animatorzy życia kulturalnego, muzycy. W sumie ponad 120 osób. Zdaniem Wojciecha Kiedrowskiego – pomysłodawcy medalu (w tym roku mija 40 lat od jego ustanowienia) – wśród nagrodzonych zabrakło artystów ludowych. Owszem, znalazło się w gronie stolemowców kilka osób parających się jakąś dziedziną sztuki, ale w porównaniu z innymi dostrzeżonymi przez studentów profesjami są to jednostki. Tak samo nie ma wśród nich dobrze funkcjonujących muzeów. (więcej w „Pomeranii”)

39. Andrzej Hoja, Karól Rhode, Dobëcô wińc na skarniach mieć…
Tomôsz Fópka pòchôdô z Chwaszczëna, ale ùrodzył sã 10 lëpińca 1973 rokù w Gdinie. „Wôżny dobri zôczątk – tej sóm przińdze pòrządk” – gôdô. Na pòczątkù ùcził sã w swojim rodnym Chwaszczënie, pózni chòdzył do Mechanicznégò Technikùm w Gdinie. Równak jegò droga szła w jinszą stronã. W 1999 rokù skùńczëł Mùzyczną Akademijã we Gduńskù jakno spiéwôk ë achtór. Mòże to dzãka temù miôł pózni zawòjowac całą kaszëbiznã. Pò sztudiach nalôzł robòtã w Krézowim Starostwie we Wejrowie, pózni w Żukòwie, dze òd 2003 rokù béł zastãpcą bùrméstra. Kù reszcze przëszedł nazôd do Wejrowa, dze je Przédnikã Partu Kùlturë ë Spòlëznowich Sprawów. Je téż nôleżnikã Kaszëbskò-Pòmòrsczégò Zrzeszeniô ë zasôdô w Przédny Radzëznie ny òrganizacëji. (więcej w „Pomeranii”)

40. Tomasz Fopke, Garść refleksji pofestiwalowych…
Kolejny, jubileuszowy, piąty Festiwal Piosenki „Kaszëbsczé Spiéwë”, który odbył się 6 czerwca w Szkole Podstawowej im. Lecha Bądkowskiego w Luzinie stał na średnim poziomie. Nie było wykonawców, którzy „rzuciliby publiczność na kolana”. Grand Prix zdobyła gimnazjalistka z Leźna, Agnieszka Panków, za muzykalność i ciekawą interpretację utworów. Wśród autorów wykonywanych piosenek przeważali twórcy żyjącego, młodszego pokolenia, piszący w języku literackim, wykorzystujący nowe formy muzyczne. Nowoczesność muzyczną zaklętą w starej, klasycznej formie (kapela, instrumentarium, stroje kryte haftem, śpiew na głosy utworu podanego w kaszubszczyźnie literackiej) zaprezentowali artyści z Lini. (więcej w „Pomeranii”)

41. Barbara Pisarek, Synu, przydarzył ci się Patrzał
Tymi słowy objaśnił spowiednik Józefa Necla, bohatera noweli „Oczy, czyli opowieść przestrzegająca przed zapuszczaniem mieszkania” i z tajemnej księgi wyłożył: „Patrzał to niezwykły, wszystkożerny pasożyt o ogromnych zdolnościach mimetycznych, który pożerając ofiary, upodabnia się do nich. Wgryza się w najbliższą rzecz, pożera ją komórka po komórce i rozrasta się, wypełniając ubytki sobą. Dlatego zaczyna przypominać zjadaną rzecz”. Patrzał. Całkiem niezła metafora literatury – pomyślałam. Problem tylko jakiej – tej przedniej, tej pośledniej czy może każdej? Kwestię tę pozostawiam nierozstrzygniętą, zważywszy że niełatwo jest oceniać walory artystyczne wszelkich konkursowych prac literackich, w tym i tych nadsyłanych na konkurs im. Jana Drzeżdżona. I o tym ma być mowa. Bywa bowiem, że oceny członków jury są rozbieżne i wtedy potrzebny jest consensus. Czyli kolejny pasożyt – Konsal /lub Kąsal, jak kto woli/, który żywi się co okazalszym Patrzałem, a rozmiata Patrzałki mniej efektowne. Dlatego konieczne jest zaznaczenie, że uwagi i oceny, które tu padną, nie zawsze są efektem zgodnych ustaleń spod znaku Konsala, szczególnie odnośnie literatury polskojęzycznej. Literatura kaszubska budzi natomiast większą zgodność jury. (więcej w „Pomeranii”)

41. Andrzej Busler, Drzeżdżonowy konkurs
W Pałacu Przebendowskich w Wejherowie 23 maja ogłoszono wyniki dwunastej edycji Ogólnopolskiego Konkursu Prozatorskiego im. Jana Drzeżdżona. Tydzień wcześniej, 16 maja, minęła 70. rocznica urodzin patrona tego przedsięwzięcia, zaliczanego do grona najwybitniejszych prozaików kaszubskich. J. Drzeżdżon zmarł w 1992 r. osiągnąwszy wiek, w którym literacki talent zazwyczaj osiąga pełnię rozkwitu. Niestety, do dzisiaj pozostaje pisarzem niedocenionym. Przybyłych na rozstrzygnięcie konkursu jego uczestników oraz pozostałych gości przywitał Bogusław Breza, dyrektor Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej. Szczególnie ciepłe słowa skierował do żony J. Drzeżdżona, Urszuli. Dalszą część spotkania poprowadził Tomasz Fopke. (więcej w „Pomeranii”)

45. Jerzy Dąbrowa-Januszewski, Letnie nastroje (felieton)
Mam napisać felieton do letniego, lipcowo-sierpniowego numeru „Pomeranii”. Przyda się więc temat lżejszy, zachęcający do refleksji w czasie wakacyjnych wędrówek po Pomorzu. I tak oto, jakby na zamówienie, otrzymałem list od szczecińskiego dziennikarza Janusza Wachowicza ze słowami: „Jerzy, miałeś rację, załączam wycinek z »Kuriera Szczecińskiego«”. Przypomniałem sobie konsternację kolegi, gdy podczas spotkania w czerwcu 2003 r. na podstargardzkim zamku w Pęzinie, należącym od XIII w. do zniemczonych rodów Borków (von Borcke; w 1253 r. Borko II był pierwszym kasztelanem kołobrzeskim) i Podkomorzych (von Puttkamerów) powiedziałem mu, że rozmawiamy w dawnej krainie Kaszubów. W 2006 r. posłałem mu książkowy wybór felietonów „Westnë merczi. Zachodnie znaki” z przypomnieniem tamtej dyskusji zawartym w tekście „W kraju Wendów”. I oto otrzymuję dziś wspomniany wycinek z sensacyjnym artykułem zatytułowanym „Myśliborskie – kolebka Kaszubów”, a napisanym przez (nomen omen!) Elżbietę Bruską. (więcej w „Pomeranii”)

46. Róman Drzeżdżon, 20 lat Gbùrsczi Chëczë w Nadolim

48. Regina Szczupaczyńska, Kaszubski Zespół „Małe Gochy” z Lipnicy
Kaszubski Zespół „Małe Gochy” istnieje już kilkanaście lat. Założony został z inicjatywy Agnieszki Cyry i Danuty Prądzyńskiej, nauczycielek w Zespole Szkół w Lipnicy.
– W zespole Gochy, w którym wówczas śpiewałam, czuliśmy, że należy coś zrobić, aby ożywić jego występy – wspomina pani Danuta. – Udział grupy w festiwalu w Słupsku w 1993 roku utwierdził nas w tym przekonaniu.
Po powrocie zapadła decyzja o utworzeniu dziecięcego zespołu tanecznego. Właściwie był to pomysł Agnieszki Cyry, który członkowie Gochów zaakceptowali i obiecali pomóc przy wyposażeniu maluchów w stroje. Przeprowadzeniem naboru zajęły się A. Cyra i D. Prądzyńska. Nie było z nim problemów i wkrótce na próbach, które rozpoczęły się w październiku tegoż roku, ćwiczyło 14 par (6 z klas V i 8 z klas młodszych). Dzieci uczyły się tańców i piosenek pod okiem obu pań oraz akordeonisty Piotra Prądzińskiego. (więcej w „Pomeranii”)

50. Spędź lato na Kaszubach i Pomorzu! (kalendarium imprez)

52. Renata Peplińska, Rada Języka Kaszubskiego
Powołana w sierpniu 2006 r. Rada Języka Kaszubskiego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego na III Plenarnym Posiedzeniu, które odbyło się 26 czerwca podjęła następujące uchwały w sprawie: składni kaszubskiej (w języku kaszubskim, w nazwach oficjalnych stosuje się szyk pisowni „przydawka/przydawki plus rzeczownik” np. Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié, a nazwa w języku polskim brzmi: Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie), terminologii z zakresu teorii literatury na potrzeby szkół oraz ogólnej terminologii medialnej dotyczącej określeń nazw miesięcy, dni, pór roku, stron świata i godzin. (więcej w „Pomeranii”)

53. Edmund Kizik, O pogrzebach w Gdańsku w XVI-XVIII wieku
Melchior Fritsch, stary nauczyciel, od wielu lat odnajmował izbę na terenie gdańskiego Gimnazjum Akademickiego. Przez kilka sierpniowych dni 1699 roku żadna z pracujących i mieszkających w murach uczelni osób nie widziała ani nie słyszała starca. Drzwi były zamknięte od wewnątrz, nikt nie odpowiadał na pukanie. Student Jochem Heinrich Schultz, zaniepokojony brakiem jakichkolwiek oznak życia Fritscha, podzielił się swoimi obawami z Christianem Schröderem, protoscholarchą gimnazjum. Ów, podejrzewając, że nauczyciel „albo ciężko zachorzał, albo wręcz umarł”, zalecił komisyjne otwarcie drzwi do mieszkania. Do gimnazjum przybyli wezwany pisarz, urzędnik sądowy oraz dwaj pachołkowie z urzędu. Gdy sprowadzonemu ślusarzowi udało się sforsować zamek, oczom zebranych ukazał się przygnębiający widok: na łóżku leżały nagie, nabrzmiałe już zwłoki nauczyciela. Fakt opisany został w protokole komisji z 18 sierpnia. (więcej w „Pomeranii”)

57. Tadeusz Majewski, Blusy pomorskie
jakim stopniu? A może w ogóle nie do uchwycenia? Jedzie przede mną. Robię zdjęcia przez przednią szybę samochodu, zwalniając do minimum. Nie, to nie jest to. Aparat musi być w miarę nieruchomo na statywie ręki. Poza tym na zdjęciu wyjdą paprochy z szyby. Wyprzedzę, podjadę kawałek do przodu, wyjdę z samochodu, poczekam aż nadjedzie i zrobię czyste zdjęcia. Więc wyprzedzam, jadę kawał do przodu, staję. I nie wychodzę. Za mało wyprzedziłem. Buda akurat teraz mnie wyprzedza. Jedzie szybciej, niż myślałem. Wyjdę, wyjmę obiektyw, nie zdążę – za bardzo w tym czasie się oddali. Biorę więc poprawkę, wyprzedzam jeszcze raz, wyskakuję przed nią z pół kilometra, aż za wielki zakręt, tak że znika mi w lusterku. Zatrzymuję samochód, wychodzę, spokojnie przygotowuję sprzęt i czekam. I co? I nic. Cisza wysokiego lasu. Buda nie nadjeżdża. No tak, a kto powiedział, że miała dalej jechać tą szosą? Że też o tym nie pomyślałem. Przecież od szosy szły leśne drogi – i w prawo, i w lewo. Więc nie wiem, jaka ona jest, ta buda, ta droga, ta szosa, ten czas, ten świat, takie to wszystko trudne do uchwycenia nawet w prostej przecież dla fotoreportera sytuacji. I zostaje mi tylko to zdjęcie zrobione zza szyby. Zdjęcie tej budy – zagadki, z absurdalnym napisem. Na dodatek zdjęcie teraz już czarno-białe, utwierdzające mnie w złudzeniu, że wszystko, co mija, natychmiast traci barwy. Jakby od razu, tuż za chwilą czasu teraźniejszego, nawijała się w każdym z nas celuloidowa taśma filmu, od razu czarno-białego, a nawet, o zgrozo, w końcowej części, z klatkami zbrązowiałymi od minionych lat. Ta buda, ta rzeczywistość – czy to jest w ogóle do uchwycenia? (więcej w „Pomeranii”)

59. Maria Roszak, Czajka Halinka
Wiéta, gdzie só te pła za wsióm? No, jak je ta droga na Turze, to po lewéj, zara na poczóntku só te pła. Najpsirw te paceje i krzakory, a dalji woda. Tamój se mnieszkała rodzina czajków: nanulka, tatuś i dwa czajcze czanda. Óni se tamoj mnieli take gniazdko wygodne, blisko wody i fejn im było. Tatuś zéz nanulkóm halali za tych małych celbertków swojich jaszczurki na frysztik, na maltych ślimaszki, a wieczorem eszcze myszórki czy robónki. Knypsiki rośli, a cała rodzinka była szczanśliwa. Ale raz czajcza nanulka (ta czajka sia zwała Halinka) jak szła dziarnie po jakeś pyrace czy coś za tych brojków swojich, to sia zapuściła dalji niż zawdy, bo nié mogła najść żadnych dykszych robónów – same take byle jake wątlaki skapciałe. I se Halinka deliberuje: ,,Jo! Toć te moje dzieszczka to só jadaki małe a garde, a sóndki to walne majó, jak sia nié nażró, to mnia spiczniejó”. I dalji lézie i już ma mort jak nic, ale lézie, bo już pora dziesióntki za małych coraz bliżéj! I zalazła aż tamoj, wiéta, gdzie je tan rumianek taki gansty (tamoj kele gnojówy, zara na poczóntku), wkaraśkała sia wéw taki kerz walny i nagle… czuja jamrowanie. Rozglónda sia naokoło i co wjidzi? Na ziamni leży mały zajek i knéra za mamóm! ,,Na nó! Co tera je?” – Halinka sama siebia pyta, bo sia zdziwiła, że taki mały zajek sam wéw tych zarostach tu bolechuja. (więcej w „Pomeranii”)

60. Zbigniew Joskowski, Wiérztë

61. Zbigniew M. Jankowski, Reminiscencje (3)

62. Teresa Ciesielska, Łączniczka z Ottawy
W dalekiej Ottawie mieszka Polka, Ewa z Ponińskich Konopacka. Jej dzieciństwo i młodość przypadły na lata drugiej wojny światowej, w których swym życiem zapisała przepiękną kartę. Z ziemią pomorską związana jest poprzez małżeństwo architektem Tadeuszem Konopackim rodem z Konopat koło Świecia. Absolwentka Narodowego Uniwersytetu w Irlandii, następnie Uniwersytetu Londyńskiego oraz ottawskiej Akademii Sztuk Pięknych, wielki społecznik, nauczycielka, poetka, malarka, autorka m.in. wydanej w pelplińskim Bernardinum w 1994 roku „Kroniki rodu Konopackich z Konopat i Polkowa”, zasługuje na przedstawienie jej sylwetki w polskim, pomorskim czasopiśmie. (więcej w „Pomeranii”)

66. Anna Flisikowska, Sierpień gdańskich pisarzy
W obchodzonych rokrocznie uroczystościach upamiętniających Wydarzenia Sierpniowe na Wybrzeżu niezręcznym milczeniem pomija się udział w nich gdańskich literatów. Napisałam „niezręcznym milczeniem”, gdyż z jednej strony trudno byłoby się zgodzić, że odegrali oni rolę pierwszoplanową, jednak biorąc pod uwagę, jakie znaczenie dla strajkujących wówczas robotników miała ich obecność, pomijanie jej musi w najlepszym wypadku wydać się właśnie „niezręczne”. Warto zatem przypomnieć tę piękną kartę w historii środowiska pisarskiego Gdańska, tym bardziej, że o niektórych jej wątkach zapominają nawet cenione powszechnie publikacje z zakresu życia literackiego. 14 sierpnia 1980 roku na Wybrzeżu rozpoczęły się strajki w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Pisarze – jak większość świadków tamtych wydarzeń – doskonale zdawali sobie sprawę, że każda podjęta w tym czasie decyzja może zaważyć na życiu i przyszłości nie tylko ich samych, ale również ludzi im bliskich. (więcej w „Pomeranii”)

70. Moja „Pomerania” to… (wspomnienia redaktorów)

74. Edmund Zieliński, Z nićmi do nieba
Kiedy spotykałem się z plecionkarzem Czesławem Hincem z Kościerzyny, moim pierwszym pytaniem było: „A jak się czuje mama?”. Odpowiedź zawsze była pozytywna. Wydawało się, że ta, urodzona 14 lutego 1919 roku, kobieta osiągnie setkę. Niestety, odeszła od nas w poniedziałek 26 marca 2007 roku, o czym dzień później dowiedziałem się z rozmowy telefonicznej z Haliną Krajnik. (więcej w „Pomeranii”)

75. Lektury

79. Klëka

90. Kow., Informator regionalny

92. Rómk Drzeżdżónk, Kaszëbë Internacional! (felieton)
Gôdają ò nas, Kaszëbach, że më jesmë lëdze baro kònserwatiwny, a nawetka zakònserwòwóny w zósu z kòzë za trzë dëtczi, zamkłi w se jak kwasné gùrczi w lëtrowim wëkù, żëjący w swòjim swiece òd błotka do błotka. Òkróm naszégò swiata jinszégò nie chcemë nawetka pòszmakac, a tim barżi znac. Nômili më bë w skansenie sedzelë a – òpiarti ò cepłi piéck – stôré pòwiôstczi so òpòwiôdalë ò tim jak to przódë lat dobrze sã żëło… Gadu, gadu, plestu, plestu! Ti, co tak ò nas, Kaszëbach, kôrbią są mòckò w baniã trzasłi maccë. Ti mògą so z diablim kamã pòplestac, a jic z kòzama szewca abò dzëka na gòłëch szpérach tuńcowac. Prôwda je takô, że ni ma lëdzy barżi òtemkłëch na swiat jak më. Żebë më bëlë pò prôwdze zakònserwòwóny (niechtërnym baro bë sã no widza), tej nie jeżdżëlë më bë wcyg pò całim swiece. Wszãdze naju je fùl: w Kanadze, Zjednónëch Stónach Nordowi Americzi, Niemcach, Szwecje ë slédnyma czasama w módny Anglie, Szkòcje czë Jirlandie. (więcej w „Pomeranii”)

Dołączone pliki: pomerania_0707.jpg 
Strona do wydruku Poleć tę stronę (e-mail)
Wyróżnienia
Medal Stolema 2005   Open Directory Cool Site   Skra Ormuzdowa 2002