Wiadomości - Miesięcznik "Pomerania" - "Pomerania" z L. Bądkowskim nr 4/2009
Losowe zdjęcie
Dożynki gminne Konarzyny 2012. Fot. 9
Pomerania
Wygląd strony

(2 skórki)
Kaszëbskô Jednota | www.kaszebsko.com
Stowarzyszenie Osób Narodowości Kaszubskiej

Miesięcznik "Pomerania" : "Pomerania" z L. Bądkowskim nr 4/2009
Wysłane przez: iwona dnia 24.3.2009 18:10:44 (3536 odsłon)

Pomerania 04/2009Kociewiacy – alibi w ZKP? Czy osoby z Kociewia należące do Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego są dla władz tej organizacji alibi przed zarzutami o zamykanie się na podwórku kaszubskim? Zdaniem Andrzeja Grzyba – tak. Ten znany pisarz, poeta, działacz kociewski i senator w jednej osobie, dał temu wyraz podczas prowadzonej przez siebie promocji kolejnego, drugiego już, zeszytu „Tek kociewskich”, jaka 7 marca odbyła się w Starogardzkim Centrum Kultury.
– Aktywność Zrzeszenia względem Kociewia jest pożądana – stwierdził senator. – Tymczasem jej nie widać. Zamyka się ono wokół spraw związanych z językiem kaszubskim, coraz bardziej kaszubski staje się też miesięcznik „Pomerania”. (więcej w „Pomeranii”)




Pomerania - miesięcznik wydawany przez Zarząd Główny Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Redakcja: 80-837 Gdańsk, ul. Straganiarska 20-23, tel. 058 301 27 31, 301 90 16, e-mail red.pomerania@wp.pl




3. Listy

Odwrotna strona krofeya. W „Pomeranii” nr 2/2009 zamieszczono informację o krofeyu – monecie zastępczej, która ma zostać wyemitowana w Bytowie na tegoroczny sezon turystyczny. Nazwa monety nawiązuje oczywiście do pastora Szymona Krofeya, XVI-wiecznego autora książek uznawanych za zabytki języka kaszubskiego. Przedstawiony w „Pomeranii” awers monety pokazuje to wiekowe kaszubskie i bytowskie dziedzictwo: artystka Dobrochna Surajewska udanie połączyła dawną pieczęć miejską z motywem haftu kaszubskiego oraz nominałem – 4 krofeye. Podoba mi się pomysł podzielenia „haftowego” kwiatu pomiędzy awers i rewers. Zdziwienie budzi jedynie data honorowania monety – 78 IX 1011.
To, co pokazała „Pomerania”, godne jest pełnej pochwały: oto władze Bytowa, konsekwentnie promujące się hasłem „Bytów – miasto na Kaszubach”, prezentują dawność i ważność kaszubskiego dziedzictwa. Informacja, że ta moneta jest pierwszą z serii „Obrzędy kaszubskie” i na rewersie przedstawia ścinanie kani, pozwala spodziewać się, że ów obrzęd – istotnie chyba najbardziej specyficzny dla Kaszub – zostanie przedstawiony zgodnie z konwencją awersu, z powagą i wskazaniem na uniwersalne treści, których interpretacja ścinania kani może dostarczyć w obfitości (zasygnalizuję tylko motyw oczyszczenia i wyrzucenia zła oraz, przy powszechnym dziś łączeniu ścinania kani z obchodami nocy świętojańskiej, przebogatą symbolikę światła).
Jednak „Pomerania” nie pokazała rewersu, a ten w najmniejszym stopniu nie spełnia przedstawionych wyżej oczekiwań. To, co na nim przedstawiono, przypomina domorosłe malowanki na szkle. (więcej w „Pomeranii”)
Stanisław Geppert

4.Sławina Klawiter, Oddziałujący przez pokolenia

Rok temu na konferencji zorganizowanej przez Klub Studencki „Pomorania” w Toruniu wygłosiłam referat zatytułowany „Lech Bądkowski – Mistrz i Wychowawca”. Od tamtego czasu zdążyłam „poznać” postać Lecha Bądkowskiego w wielu innych wymiarach, jednak to właśnie w roli wychowawcy, zwłaszcza pokolenia moich rodziców, jest mi ciągle najbliższy.
Gdyby nie Lech Bądkowski, nie znalazłabym się w strukturach Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego i nie trafiłabym do założonego przez niego Klubu Studenckiego „Pomorania”. Szczerze mówiąc, nie miałabym nawet na imię Sławina, podobnie jak jego jedyna córka. Możliwe, że moje zainteresowania poukładałyby się zupełnie inaczej, gdyby nie fakt, że kiedyś Lech Bądkowski wyszedł do młodzieży – wśród której znalazł się i mój ojciec – i spróbował z nią tworzyć lepszą przyszłość. Podkreślał, że zmieniając cokolwiek, należy pamiętać, by kroczyć z osobami należącymi do kolejnej epoki, których te zmiany będą bezpośrednio dotyczyły. (więcej w „Pomeranii”)

4.Barbara Mudlaff, O autorytecie w Senacie

18 lutego br., wraz z grupką studentów z gdańskiego klubu Pomorania, działającego przy Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim, udałam się do Senatu RP na otwarcie niecodziennej wystawy „Autorytety: Lech Bądkowski”, przygotowanej przez pracowników Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Na miejscu w Warszawie byli już przedstawiciele ZKP oraz pomorscy samorządowcy i politycy. W uroczystości udział wzięli m.in. premier Donald Tusk i marszałek Senatu RP Bogdan Borusewicz.
Ekspozycja na wielu osobach zrobiła dobre wrażenie, albowiem chronologicznie pokazała życie zasłużonego Pomorzanina. Dzięki niej, a także dzięki seminarium o panu Lechu, jakie odbyło się w senackich murach, można było dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o Jego działalności i zasługach. Była to lekcja historii przede wszystkich dla młodych uczestników spotkania z klubu Pomorania, którzy aktywnie włączyli się w przebieg uroczystości. Zaprezentowane przez nich referaty („Lech Bądkowski – życie i twórczość”, „Lech Bądkowski: mistrz i wychowawca” oraz „Wpływ Lecha Bądkowskiego na kształtowanie tożsamości regionalnej”) pobudziły dyskusję, którą moderował Paweł Zbierski z gdańskiej TVP 3 (autor biograficznej książki o L. Bądkowskim). (więcej w „Pomeranii”)

7.Maciej Narloch, (Nie)znana myśl Bądkowskiego

Wielkie słowa i autorytety mają to do siebie, że łatwo można się za nimi ukryć. W naszym kaszubsko-pomorskim środowisku jednym z takich dogmatów jest twierdzenie o wielkim znaczeniu dla Kaszub i myśli regionalnej Lecha Bądkowskiego. Nie sposób z tym twierdzeniem się nie zgodzić, co nie oznacza, że każdy, kto te lub podobne zdania wypowiada, przekuwa słowa w czyn, zwłaszcza w zakresie idei krajowości (regionalizmu) i samorządności głoszonych przez Lecha Bądkowskiego.
Kształtowanie tożsamości regionalnej to kształtowanie takiej osoby, której bliski jest własny kraj, która świadoma jest swoich praw i obowiązków wobec niego, która czuje się zań odpowiedzialna, a zarazem ma realne prawa współdecydowania o nim (nie tylko poprzez przedstawicieli w Sejmie RP czy w sejmiku województwa). W tym sensie tożsamość regionalna to nie tylko znajomość własnej historii, tego lub innego języka albo gwary. Podobnie jak tożsamość narodowa czy świadomość własnego pochodzenia, składa się ona jako jeden z ważnych elementów na osobowość człowieka. Czy faktycznie mieszkańcy Pomorza posiadają taką tożsamość? Czy na co dzień widzimy, aby kierowali się taką postawą? Pozostawmy to pytanie jako retoryczne.
Z drugiej strony prawdą jest, że każdy ma jakiś rodzaj tożsamości regionalnej – wszakże każdy dorosły człowiek wie, że pochodzi z danej miejscowości, województwa, krainy historycznej. Niemniej „świadomość” ta na ogół jest dość uboga – opiera się na uwielbieniu miejscowego klubu piłkarskiego lub niechęci do sąsiedniej miejscowości. (więcej w „Pomeranii”)

10.Janusz Karc, Samorządny i dalekowzroczny

Patrząc na starą przepustkę z Sierpnia 1980 roku, która dawała mi prawo nie tylko do wchodzenia za bramę Stoczni, ale też współtworzenia tamtych wydarzeń, przypominam sobie, niczym stary film, niemal tę samą bramę, która – jakby zakonserwowana – stoi po dziś dzień. Wtedy, jako młody 20-letni robotnik, reprezentujący strajkującą załogę Gdańskich Zakładów Graficznych, czekałem przy wartowni na wywołanego przez radiowęzeł Lecha Bądkowskiego, który miał zweryfikować i niejako poręczyć, że jestem tą osobą, za którą się podaję. Po kilkuminutowym oczekiwaniu dojrzałem jego charakterystyczną sylwetkę – człowieka jakby ciągle zamyślonego - którą wcześniej znałem z drukarni przy ul. Świętojańskiej (dziś już tego budynku nie ma, jest natomiast ogromna dziura w ziemi). Pamiętałem go przemykającego między regałami z kasztami zecerskimi w drodze do korektorki po tzw. szczotki albo po „złamany tekst”. Zecernia znajdowała się piętro niżej, a przygotowalnia offsetowa, gdzie pracowałem, była nad zecernią. Wykonywałem próbne druki do wszystkich zamówień, toteż do mnie również czasami zaglądał Lech Bądkowski, aby akceptować np. wygląd okładki czy jakąś kolorową odbitkę.
Dział druków próbnych mieścił się przy palarni. Było to miejsce, gdzie zawsze toczyły się ciekawe rozmowy, dotyczące bieżących wydarzeń. Przy czym nie chodziło tylko o wyniki ostatniego meczu Lechii czy o to, kto jaką ma jaką dziewczynę (załoga była męska). Większość rozmów oznaczała robotniczą krytykę sytemu dotykającego nas wszystkich, na co dzień. Myślę, że Lech Bądkowski lubił tam zaglądać i wdawać się w dyskusje. Dziś już nie pamiętam na 100 %, czy palił, ale wydaje mi się, że tak. Może dlatego również lubił palarnię. (więcej w „Pomeranii”)

12. Kazimierz Ostrowski, Do góry nogami (felieton)

Jakie jest najsłynniejsze miejsce na Kaszubach? Nie ma wątpliwości, największą sławą od kilku lat cieszy się Szymbark. Przewodniki piszą wprawdzie, że jest to najwyżej położona wieś kaszubska u podnóża Wieżycy, ale nie chodzi przecież o jej walory krajobrazowe i wypoczynkowe. Zainteresowanie i rozgłos zawdzięcza Centrum Edukacji i Promocji Regionu, jak nazywa się stworzone tu przedsięwzięcie biznesowe. Mówiąc w skrócie, tłumy wycieczkowiczów przyciąga dom stojący na głowie, najdłuższa deska świata (przy piłowaniu tejże obecny był sam Lech Wałęsa!), a na dodatek parę innych rzeczy, podlanych patriotycznym sosem. Nb. projektant domu stojącego kominem w dół pokpił sprawę, powinien był pomysł opatentować i miałby z tego sporo grosza. W Niemczech bowiem, opodal polskiej granicy, jakiś cwaniak zbudował taki sam dom i na dodatek przechwala się, że to jego oryginalne dzieło, a każdy wie, że musiał wprzódy dobrze obejrzeć szymbarski pierwowzór. Podobno i tam ludzie stoją godzinami w kolejce, żeby za pieniądze doświadczyć zawrotu głowy. (więcej w „Pomeranii”)

13. Edmund Szczesiak, Chrzcielnica Robinsona

Najgorsza jest zima. Taka niezdecydowana, chwiejna. W nocy mróz, w dzień odwilż. Jezioro pokrywa się lodem, ale zbyt cienkim, żeby utrzymał człowieka. Wtedy ani przejść, ani przepłynąć.
– Skończyły się zapasy żywności, a my od dwóch tygodni uwięzieni. Nie było na co czekać. Łódka stała w zatoczce, już w wodzie, ale dalej skorupa uniemożliwiająca płynięcie. I co tu robić? – wspomina swoją pierwszą zimę na wyspie. – Zbudowałem „wikinga”…
Tak nazwał urządzenie do łamania lodu. Osadził przed dziobem ciężkie, żelazne koło od kieratu, przywiązał do niego liny. Pociągając za cugle unosił koło, a potem gwałtownie je opuszczał. Rozbijał w ten sposób lód i odpychając bosakiem przebijał się przez powstałą wyrwę.
– To była mordęga. Na Zabrody, gdzie najwężej, płynę zwykle klika minut, a tym razem trwało to ponad trzy godziny. Ale byliśmy uratowani – opowiada nowy Robinson na Ostrowie Wielkim, największej z dziewięciu wysp na Jeziorach Wdzydzkich i jedynej zamieszkanej. Ostatnio z przerwami. (więcej w „Pomeranii”)

16. Alicja Szczëpta, Z prawa czë z lewa?

Wszëtczi znómë òglowi pòzdrzatk, że Kaszëbi są bòkadny, religijny, płodny, robòcy ë wspiérają prawicã. Je to równak blós stereòtip. Taczi sóm jak legendarné „czôrné pòdniebienié”? Je to prôwda dzys, czë bëła to prôwda czedës?
Justina mieszkô w kartësczim krézu. Ji òjc robi w firmie, nënka zajimô sã domã, òna sama kùńczi strzédną szkòłã. Do tegò wszëtczi żdają na turistów, bò òb lato je to wiedno dodôwkòwi dëtk, jak chòc le dozwòli sã jima na kempingòwé przëczëpë na swòjim pòlu 100 métrów òd jezora.
Justina je jedną z lepszich ùczniów, mô szerok zajinteresowania.
– Nie je letkò. We firmie, w jaczi robi òjc nie „krący” sã tak fejn. Gôdają, że to le bez krizys, le równak wczasni téż to nie bëła takô Amerika. A terô robi pò 12 gòdzënów na dzéń, a płacą mù mni jak czedës. Nënka nie robi, bò pò prôwdze ni mô niżódnégò warkù, tej co mòże robic prócz prowôdzeniégò dodómù?
Justina wëbiérô sã na sztudija.
– Mëszlã ò czerënkù sparłãczonym z wiédzą ò spòlëznie, mòże pòlitologijô, mòże ekònomijô. Jô bë tak pò prôwdze chca sztudérowac ekònomijã nastawioną na lëdzy, a nié na firmë. Równak sztudija w miesce to są dëtczi. Za akademik je nót zapłacëc, utrzëmac sã abò dojeżdziwac co dzéń do Trójgardu – ale to téż wiele kòsztô! A jak nie mdze môlów na ùniwersytece, to na priwatną mòjim starszim dëtków nie sygnie. (więcej w „Pomeranii”)

17. Andrzej Mróz, Uatrakcyjnianie Żuław

Żuławski Park Historyczny i Skansen Wsi Żuławskiej to kolejne inicjatywy działaczy promujących subregion Delty Wisły. To także szansa na uchronienie od ruiny i zniszczenia zabytkowych budynków. Pierwsze efekty tych starań będą już dostępne do zwiedzania na przełomie wiosny i lata. Kolejne – jesienią. Pełne plany są bardziej dalekosiężne i wybiegają jeszcze dalej w przyszłość.
Marek Opitz z Nowego Dworu Gdańskiego to postać znana i poważana za swą miłość do Żuław, podkreślanie lokalnego patriotyzmu i realne działania propagujące subregion. To głównie dzięki jego staraniom kilka lat temu powstał Skansen Jedenastu Wsi w Cyganku – niewielkiej miejscowości położonej pośród polderów. Wioska zyskała status „warto odwiedzić” podczas wypoczynku na Żuławach. Około 70 kamieni nagrobnych ze stelli luterańskich i mennonickich stworzyło unikatowe na skalę województwa lapidarium, przypominające o istnieniu takich dawniejszych miejscowości, jak Tiegenhagen (obecnie Cyganek), Petershagen (Żelichowo), Reimerswalde (Cyganka), Pletzendorf (Starocin), Stobendorf (Stobiec) oraz Tiegerwalde, Platenhof, Altendorf, Petershagenerfeld, Haberhorst i Neuendorf (obecnie części składowe Nowego Dworu Gdańskiego). (więcej w „Pomeranii”)

19. Grzegorz Gola, Kultura na prowincji (felieton)

Jak tu się nie przejmować prowincjonalną i małomiasteczkową kulturą? W Nowym Dworze Gdańskim nikt nie jest zadowolony z poziomu lokalnej oferty. W zachwyt wpadają jedynie przyjezdni, zwiedzający wielką salę Żuławskiego Ośrodka Kultury (swój styl architektoniczny miała III Rzesza na poziomie), nie wiedzą bowiem, że utrzymanie tego olbrzymiego kubaturowo budynku pochłania z roku na rok coraz większe sumy. Szybko wypalają się też kolejni dyrektorzy, zdani na łaskę i niełaskę lokalnych „polityków” trzymających władzę samorządową.
Trudno znaleźć uniwersalny model wydatkowania pieniędzy publicznych na kulturę. Inaczej zadania z tego zakresu realizowane są w małej gminie wiejskiej, inaczej w gminie miejsko-wiejskiej o aspiracjach powiatowych, jeszcze inaczej w mieście średniej wielkości albo wreszcie w trójmiejskiej metropolii. Na swój sposób wspiera kulturę samorząd wojewódzki. Niestety, w wielu lokalnych społecznościach uważa się, że poziom uczestnictwa mieszkańców prowincji w kulturze zależny jest od liczby gminnych domów kultury. Zlikwidowanie jakiejkolwiek tego typu placówki spowodowałoby larum na cały powiat. Czy więc tak mocno przyzwyczailiśmy się do pewnych, znanych jeszcze z poprzedniej epoki, jedynie słusznych rozwiązań? (więcej w „Pomeranii”)

20.Anatol Ulman, Biała miłość (opowiadanie)

Skąd się biorą wszystkie te opowieści?
Wyobraźmy sobie, że słyszymy głos, którego nie ma, zawisły w smrodzie ciał namiętny szept, ostry jak bagnet dbałego żołnierza. Przez salę przepływa rzeka senna i błotna, gęstniejący mrok, z ludzi uszła dusza, obfity czas nocy pożera własną śmierć. Robakiem jest wszystko i wszyscy. Drobne mądrości przepadają, niszczy je upływ.
Opowieści biorą się z temperatury ciała.
Nawykła do karności myśl w chaosie porządkuje, układa jak kobieta odmiany bielizny w szafie. Ulotna, wątła wieczność, która w jakiś sposób jest bestią, zapakowana w prawa logiki następstw.
Jest dzień Matki Boskiej Zielnej, sierpień 2006. Przed wieczorem do szpitala w Lęborku, schludnego niczym amerykańska kostnica, przywieziony zostaje nowy chory. Pacjenci oddziału wewnętrznego już zasypiają, lecz jęk karetki i tumult na dole przywraca ich do świadomości. Przez uchylone drzwi zagląda aferzystka Wrotyczka, wypalona, w wieku średnim, żądna tragedii. Ssie miętusa.
– Chłopaki – zawiadamia z uciechą wstrętną – jednemu na kolei poderżnęli gardło i teraz go szyją w doktorskiej rzeźni. Krwią chlusta jak wieprz!
Łypie na pięknego Dziewuszkę, który jest jak dojrzała brzoskwinia. W kaprawym wzroku plotkary gorzeje pożądanie: skoczyłaby dla niego w nicość! Ale puszcza oko do młodego Borzyszkowskiego i znika. Chwilę potem przynosi dalsze wieści, przydatne w oschłej nudzie jak majowy deszcz. Pacjent został wyjęty z pociągu Warszawa – Kołobrzeg. Pośpieszny Kaszub w Lęborku przystaje o dziewiętnastej dwadzieścia dziewięć.
Umęczenie długie jest przedsmakiem śmierci. (więcej w „Pomeranii”)

28.Maria Block, Wéw Czarnéj Wodzie (opowiadanie)

Tera zimó mnie sia tak skómo zrobjiło za mojim Kociewiam, że wziéła żam chłopa i mówja: „Wej, trza na jakómś wycieczka se pojechać”. A ón na to podrajcowany: „Jo, to pojedzim do Czarnéj Wody i stamtónd nahalamy se rzeźbów, bo przecież tamoj mnieszka tan rzeźbziarz, co robji anniółki i ptaszki”. Mnie sia to srodze wjidziało, wianc wziélim trocha psianiandzów i banó dajemy najpsiérw do Czczewa, a dalji do téj naszéj Czarnéj Wody.
Jak wysiedlim zéz bany, ja sie rozglóndam i myśla: ,,Jo! Toć to je moje jedynące na świécie Kociewie! Co mnie tamoj te morze, mewy, składy i knajpy. Tutej só dopsiéro cuda. Jaglijki po zatrawiałych wyżawach pochowane jak krużate zajki, ptaszki se frantówki śpsiéwajó (licho żam zrozumiała z tego ich śpsiéwania, jano żeby już wiosna chcieli), wszandy kurzyniec, ślady kejtrów wéw paczy, małe niéśmniałe puźki nad płami, te szyrzawy zielono – brune zéz sarnami i jastrzambiami...”. Jo, ja wam mówja, Kociewie to je barzo psiankna krajina. (więcej w „Pomeranii”)

I–VIII „Najô ùczba” – edukacyjny dodatek do „Pomeranii"

29.Zygfryd Stefan Mielewczyk, Fotograficzne promieniowanie tła (15)

Gdy sprawna administracja miejska Wolnego Miasta Gdańska, ćwiczona od 1933 roku przez Alberta Forstera, odebrała Brunonowi i jego braciom sklep detaliczny ,,Spezial-Haus für Eier und Butter”, Franek interweniował w Komisariacie Generalnym RP, otrzymując indywidualne wsparcie. Mianowicie zaproponowano mu pracę w Polskim Urzędzie Pocztowo-Telekomunikacyjnym Gdańsk-1, zwanym po wojnie Pocztą Polską. Został tam kierowcą, pracując od początku 1935 aż do 1 września 1939 roku, gdy Niemcy rozpoczęli wojnę o Gdańsk (15 minut wcześniej zbombardowali miasteczko Wieluń).
Niezależność od wspólników, czyli dwóch braci-kupców, była dla Franka korzystna i na czasie. Odpowiadała również jego narzeczonej, Agacie, skoro kawaler otrzymał stałą pracę z przyzwoitą płacą w gdańskich guldenach. Ponadto liczyły się korzyści socjalne i warunki zatrudnienia w Urzędzie Pocztowo-Telekomunikacyjnym Gdańsk-1. Było oczywiste, że dzięki temu młodzi mogą spokojnie założyć rodzinę. Odtąd Franek chodził do pracy w mundurze polskiego pocztowca, a miał blisko z domu przy Podwalu Staromiejskim nr 79 na plac Heweliusza. Nieco później, gdy rodzice wynajęli większe mieszkanie przy ulicy Panieńskiej nr 26 na Osieku, gdzie zdołałem się urodzić, do Poczty Polskiej było jeszcze bliżej, bo około 70 metrów. (więcej w „Pomeranii”)

32. Magdalena Narloch, Kołysanka ludowa czy „zełgana”?

W poemacie Hieronima Jarosza Derdowskiego „Ò panu Czôrlińsczim, co do Pùcka pò sécë jachôł” znalazły się dwa samoistne utwory śpiewane. Pierwszym z nich – i o nim będzie tu mowa – jest kołysanka, którą żona tytułowego bohatera śpiewa swej maleńkiej córeczce Mareszce. Rozpoczyna się ona od słów Żużu, żużu, córulenkò…
Derdowski twierdził, że strofy te stanowią nawiązanie do rzeczywistej pieśni ludowej wykonywanej na Kaszubach. Wyjaśniał, że to przypomnienie rzezi Kaszubów, dokonanej przez Krzyżaków w 1308 roku w Gdańsku. Uwierzyli jego deklaracjom tacy badacze, jak np. Jan Stanisław Bystroń, uznając utwór za unikatowy zabytek folkloru literackiego, w którym przetrwała pamięć ludu o historycznym wydarzeniu. Z kolei inni uczeni – jak choćby Alfons Parczewski – stwierdzali: życie ludowe jest tylko tłem, na którem z całą swobodą rozwija się akcya poematu; poeta bierze zawsze górę nad etnografem i dlatego dzieło jego nie może być traktowane jako proste fotograficzne odbicie kaszubskiego obyczaju – nie jest to pieśń ludowa, ale utwór własny autora. Jerzy Samp także uważa pieśń za nieautentyczną, dowodząc, że przepływający przez Gdańsk Kanał Raduni poprowadzono dopiero za czasów krzyżackich, około połowy XIV wieku, czyli nie istniał on podczas rzezi w 1308 roku. (więcej w „Pomeranii”)

35. Józef Borzyszkowski, Toruński Stolem – prof. Elżbieta Zawacka

9 stycznia tego roku zawiązano w Toruniu Społeczny Komitet Obchodów 100-lecia Urodzin Prof. Elżbiety Zawackiej – legendarnej kurierki i emisariuszki „Zo”, wspaniałego i uznanego pedagoga, inicjatorki i współtwórczyni Fundacji „Archiwum i Muzeum Pomorskie Armii Krajowej oraz Wojskowej Służby Polek”. Jubileuszowa uroczystość miała się odbyć na św. Józefa – 19 marca br., w tym bowiem dniu przed wiekiem, w pomorskim grodzie Kopernika, pozostającym wtedy jeszcze pod panowaniem pruskim, urodziła się Elżbieta Magdalena, zapisana w księgach USC jako Elizabeth Zawacki. Setnych urodzin jednak nie doczekała. Zmarła 10 stycznia br., tuż po powołaniu komitetu obchodów, zatem jego członkowie zająć się musieli przygotowaniami do pogrzebu. W jego dniu Toruń, Pomorze i Rzeczpospolita – przedstawiciele władz i różnych środowisk społecznych, rodzina, znajomi i przyjaciele – oddali Pani Profesor i Generał ostatnią przysługę, wspominając jej wspaniałe dokonania. (więcej w „Pomeranii”)

41.Witosława Frankowska, Niechaj Jej szumią niebiańskie wrzosy

Są ludzie, którzy mierzą życie liczbą przeżytych lat, inni z kolei – intensywnością przeżyć. Są wreszcie tacy, którzy dostawszy talent z nieba, umieją się nim dzielić z drugimi. Do tych ostatnich należała z pewnością zmarła 19 lutego 2009 r. Renata Gleinert.
Związawszy się z środowiskiem muzycznym Wybrzeża jako pianistka – m. in. przez długie lata wykładowca Akademii Muzycznej w Gdańsku – współpracowała z chórem Akademii Medycznej, Wojskowym Liceum Muzycznym, Akademią Wychowania Fizycznego, Gminnym Ośrodkiem Kultury w Kolbudach, Morskim Domem Kultury w Gdańsku – Nowym Porcie, zespołem estradowym Flotylla. Jednak jej najukochańszym zawodowym dzieckiem było prowadzone od 1964 Studio Piosenki. Studio, przez które przewinęło się blisko 200 osób – zarażonych muzyką, estradą. To w większości dla nich komponowała pani Renata swoje piękne, choć jakże zróżnicowane pod względem tematycznym, piosenki. Do najbardziej pamiętnych utworów należał ów, zatytułowany „We wrzosach”, a spopularyzowany podczas festiwalu piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu, jak również szereg niezwykłej urody piosenek do słów kaszubskich. (więcej w „Pomeranii”)

42. Edward Breza, Zoilowska krytyka „Biuletynu” i Rady Języka Kaszubskiego

W tomie X „Acta Cassubiana” (s. 9–18, dalej „AC”) ukazała się w języku kaszubskim totalna krytyka 1. zeszytu niedawno (w r. 2006) do życia powołanej przez Zarząd Główny Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego Rady Języka Kaszubskiego (dalej RJK) i pośrednio (a czasami bezpośrednio) samej Rady autorstwa Hanny Makurat, absolwentki gdańskiej polonistyki i obecnie słuchaczki Filologicznego Studium Doktoranckiego Wydziału Filologicznego UG. Krytykę tę nazwać trzeba od razu „zoilowską” (od pisarza greckiego Zoilosa z Amfipolis w Macedonii z IV w. przed Chr. o przydomku Bicz Homera (Homeromástiks), od przeprowadzonej przez niego surowej i złośliwej krytyki poezji Homera, i dać jej należny odpór, by Czytelnicy tego tekstu nie nabrali przekonania, że RJK i jej Komisje uprawiają działalność pozorną czy wręcz szkodliwą dla języka i kultury kaszubskiej, rozumianej jako składnik kultury ogólnopolskiej. Jako redaktor (naukowy) „Biuletynu RJK” winienem przede wszystkim wyjaśnienia gronu odbiorców „AC”, ale że te ukażą się dopiero za rok, a artykuł recenzyjny H. Makurat wywołuje już ożywienie wśród inteligencji kaszubskiej, dlatego kwintesencję odpowiedzi pragnę zamieścić także w „Pomeranii”. (więcej w „Pomeranii”)

45. Lektury

49. Klëka

52. Z życia ZKP

54. Kow., Informator regionalny

56. Rómk Drzëżdżónk, Pëlckòwsczi kriticzni swiat (felieton)

Tak jak më to w zwëkù mómë, zeszlë më sã trzeji filozofòwie: brifka, ferszta i jô, bë na kómce przed dodomã sadnąc i òbgadac, cëż sã slédnym czasã w najim Pëlckòwie wëdarzëło. Nie mdã wama łgôł – naje filozofòwanié to są pò prôwdze pludrë a klapë, chòc dlô nas baro wôżné, bò më jesmë ti dbë, że są òne dzélã naji bòkadny, pëlckòwsczi, rodny kùlturë.
Sztócëk më sedzelë mùczkã. Kòżden słowa zbiérôł, w rozëmną grëpã skłôdôł, bë jak nômądrzi rzec to, ò czim czuł, co widzôł, co mëslôł.
Jak nie je wiedzec, òd czegò zaczic, tej nôlepi nawléc do wiodra. Brifka dobrze to rozmiôł, wiãc meteòrologiczno zaczął:
– Zdrzëta, jak ne, w najim zatacanowim na zberkù swiata Pëlckòwie, blónë zapôdnym wiatrã pchóné zgniło pò niebie wãdrëją, przënôszającë nama z tameczny stronë deszcz eùrodëtków i céniô krizysu – brifka ùsmiôł sã sóm do se bùszny, że tak pëszno ùdało mù sã rzec ò tak banalny sprawie.
Cziwnął jem z szacënkã głową i spróbòwôł jic jegò szlachã:
– Jo, jo, a zymkòwé słunuszkò corôzka mòcni swiécy, ògrzéwô najã pëlckòwską zemiã, pòdskôcającë lëdzy do rozmëszlaniô, kôrbiónków i sztridków. (więcej w „Pomeranii”)

Dołączone pliki: Pomerania_04_09.jpg 
Strona do wydruku Poleć tę stronę (e-mail)
Wyróżnienia
Medal Stolema 2005   Open Directory Cool Site   Skra Ormuzdowa 2002