Wiadomości - Aktualności - Kulminacja obchodów Roku L. Bądkowskiego
Losowe zdjęcie
Tańczący łabędź
Pomerania
Wygląd strony

(2 skórki)
Kaszëbskô Jednota | www.kaszebsko.com
Stowarzyszenie Osób Narodowości Kaszubskiej

Aktualności : Kulminacja obchodów Roku L. Bądkowskiego
Wysłane przez: fopke dnia 1.6.2009 14:10:00 (1980 odsłon)

Powiem w skrócie, że było to spotkanie kombatancko-spirytystyczne, bo i średnia wieku wysoka, i magicznych zaklęć wiele, ale trafiły się też sensacyjne niespodzianki, których w ten chmurny dzionek nikt by się nie spodziewał. Na naszym terenie to bez wątpienia był póki co punkt szczytowy obchodów Roku Lecha Bądkowskiego, zapamiętajmy więc tę datę: środa 27 maja 2009 r., bo nie wiadomo czy ktoś lub coś ją jeszcze zaćmi.

Gospodarzem dnia była Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. J. Conrada-Korzeniowskiego w Gdańsku, a do organizacji i sukcesu przyczynili się liczni actores, o których niżej. Uczestników naliczyłem siedemdziesięcioro, z przewagą branży bibliotecznej, acz z licznymi domieszkami, jak media, studenci czy dzieci ze szkoły im. Patrona. Nie zawiodła rodzina pisarza, niemal w komplecie byli jego przyjaciele. Mało natomiast było oficjeli; prezydent Gdańska Paweł Adamowicz w krótkiej rozmowie po imprezie zdradził się niewiedzą o czasie i miejscu tegoż zejścia. Działacze kaszubsko-pomorscy i badacze ruchu również byli w to południe w zasadzie absencjonowani. Proporcjonalnie liczna była reprezentacja powiatu wejherowskiego = 4 osoby, zaznaczyła się też Gdynia.
Obecnych krytykować może nie wypada, ale to też swoisty znak epoki: większość przyszła, usiadła, wysłuchała i obejrzała, zjadła kanapkę i popiła, a potem wyszła w milczeniu. Organizatorzy nie przewidzieli czasu na publiczną dyskusję, ewentualny entuzjazm zgaszono w zarodku, niezależnie czy ktoś miał coś do powiedzenia, czy nie, i czy go temat zmarłego pisarza jeszcze ruszał, czy akurat wcale. Klasyczne nabożeństwo ku czci, które można sobie pięknie wpisać do statystyki.
Mniej więcej tak myślałem przez lwią (proszę bez skojarzeń!) część zajęć, a dokładnie jakieś półtora godziny. Byłem niewątpliwie nieodosobniony. Punktualnie o godz. 10.08 red. Marek Adamkowicz krótko i przepisowo zagaił spotkanie, po czym oddał pola Krzysztofowi Kordzie, a ten z kolei dokonał 10-minutowej laudacji wystawy „Autorytety: Lech Bądkowski”, zorganizowanej przez Europejskie Centrum Solidarności. Skomplementował plastyka Mariusza Warasa, autora pomysłu, wspomniał oczywiście inaugurację w Senacie RP i opublikowany katalog, nakreślił też dotychczasową trajektorię zakreśloną na mapie przez ekspozycję: Warszawa - Uniwersytet Kard. St. Wyszyńskiego - Bytów, Dzień Jedności Kaszubów - UMK Toruń i obecnie Gdańsk. Zaraz w czerwcu wystawa trafi do Centrum Edukacji Narodowej, a w ogóle kalendarz zajęty ma do marca 2010 r.!
To niewątpliwe osiągnięcie Centrum oraz samego Roku. Wystawa, pokazywana w tę środę w WiMBP w Gdańsku, ma swój urok oraz spore wartości informacyjne. Warto docenić wysiłek włożony w zgromadzenie zdjęć, które udostępniły m.in. Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, Instytut Kaszubski oraz rodzina pisarza. Znalazło się wśród nich przynajmniej kilka szerzej nieznanych i jeszcze nieopatrzonych. Dla niecierpliwych i, jak wyraził się K. Korda, „buszujących w internecie” katalog i plansze umieszczono w tamże. (Później dowiedzieliśmy się też, że pojawiła się myśl, by cykl „Autorytety” kontynuować.)
Mikrofon przejął potem Paweł Zbierski, godzina była 10.20. Mówca ten, a raczej lektor, był podwójnie niedysponowany: głosowo i psychicznie. Odczytał swój referat, prosząc red. Adamkowicza o czytanie cytatów z Bądkowskiego, by rzecz „zdialogizować”, co jednak chybiło. Miał mówić o wizji swego mentora i nauczyciela, zaprezentował za to sporą dawkę dygresji, m.in. na temat programu lokalnej telewizji. Mówił o solidarności, ale głównie skupił się na akcentowaniu opozycji autonomii, o którą walczył Bądkowski, i centralizmu, jaki zewsząd tę autonomię ruguje, w tym w kulturze i w mediach. Bądkowski był raczej na drugim planie wypowiedzi red. Zbierskiego, lojalnie zaznaczył on też, iż „nie brakuje głosów, że myśl Lecha Bądkowskiego o przyszłości ma wymiar wyłącznie historyczny”, podsumował zaś temat niemniej sentencjonalnie: „A jak wygląda odpowiedzialne myślenie o przyszłości, to dopiero przyszłość pokaże.”
O godzinie 10.38 ten fragment programu stał się przeszłością, a snucie refleksji okołobądkowskich kontynuował dr Grzegorz Grzelak. Mówił o słynnej „krajowości”, utożsamianej z regionalizmem, choć nie do końca słusznie, poruszał problem odrodzenia kulturalnego, zastanawiał się „co to znaczy być Pomorzaninem”, najwięcej i najchętniej mówił jednak o samorządzie, znanym mu z kontaktu bezpośredniego. Wiele wspominał, odkurzył z niepamięci gdańskich liberałów i koncepcję „reformowania centrum”, o której sam przyznał, że się nie powiodła, mówił o styku ZK-P/Sejmik i ogólnie o koncepcji regionów. Niezbyt optymistycznie stwierdził w toku dygresji, iż: „idea [Bądkowskiego] wyrasta ponad świadomość regionalną całego województwa”. Podsumował rzecz, kładąc akcent na dwa jej aspekty: etniczny i samorządowy.
Półgodzinne exposé wybitnego samorządowca próbował w trzech minutach podsumować M. Adamkowicz, wskazując na trzy aktualne kwestie dorobku myślowego Lecha Bądkowskiego, którymi są: ustrój, samorządność i tożsamość. Jednak głos jego, redaktora bardziej „piśmiennego” niż „słownego”, nie miał w sobie mocy, a i publiczność nie chciała już więcej słyszeć niczego na te tematy, uznając i siebie, i zagadnienie za wyczerpane.
Pięć minut trwała mała przerwa relaksacyjno-instalacyjna (istotne słowa po żołniersku wygłosił prof. Andrzej Zbierski) i o 11.18 mikrofon dostał się w ręce kobiece, wróciliśmy też do lektorium, że tak powiem. Miłosława Kosmulska streściła swoje dociekania nad wymianą korespondencji między „Dziadkiem”, jak zechciała nazywać bohatera konferencji, a głównymi jego towarzyszami literackich bojów. Rozważania swe (prezentowane już przy paru okazjach i opublikowane) umieściła też w szerszej perspektywie tej obszernej dziedziny wiedzy, jaka jest epistolografia. Wystąpieniu towarzyszyła miniprezentacja fotografii „Dziadka” i Macieja Słomczyńskiego, która jednak - z powodu rozmiarów ekranu - była raczej zakłóceniem odbioru.
„Wnuczka” skupiła się na takich adresatach epistoł L. Bądkowskiego jak: Andrzej Braun, Artur Międzyrzecki, Zbigniew Herbert, Wiktor Woroszylski i wspomniany „Joe Alex”, rozmaicie nazywany też w listach. Podkreśliła serdeczność, jaką przepełniona jest ich korespondencja, a np. uczucia wzajemne Herberta i Bądkowskiego nazwała „wielkim szacunkiem i wielką przyjaźnią”. Związki zaś ze Słomczyńskim były jeszcze bogatsze, bo ten pomagał Bądkowskiemu w wydawaniu książek i korekcie. (Niedokładnie zanotowałem kto komu, więc może było odwrotnie, a może pomagali sobie nawzajem. Przepraszam, sprawdzę.) Nie obeszło się też bez złośliwości i humoru, które najdobitniej przebijają z listów do krakowskiego adresata. M. Kosmulska odczytała dwa ogniwa tej wymiany myśli, napisane w 1972 r., jako reprezentatywne dla wszystkich aspektów owej intymnej rozmowy dusz.
Mniej więcej 25 minut trwało jej wystąpienie, po którym nastąpił pierwszy exodus zgromadzonych: wyszło m.in. siedmioro reprezentantów gdańskiego gimnazjum, obarczonego brzemieniem Lecha Bądkowskiego jako - niewątpliwie trudnego - patrona. Należy jednak im podziękować za wytrwałość, a jeśli którykolwiek z nich jeszcze gdzieś zaszczyci podobną imprezę, to dodatkowo wyróżnić za hurt ducha i przekorę. Ze swego miejsca widziałem, że jedna osoba przygotowywała się nawet do robienia notatek, ale skończyło się na nazwisku „Lech Bądkowski” i grafice konferencyjnej.
Grupka ta wyszła niestety w najciekawszym punkcie dnia, który do tego całkiem niespodziewanie kulminował. Referat „Na marginesie prac nad bibliografią Lecha Bądkowskiego”, całkiem nieatrakcyjnie zapowiedziany w programie (no bo skoro „na marginesie” i „prac”, to znaczy, że jeszcze nic konkretnego nie zdziałano) był rewelacją.
Przez kilka pierwszych chwil się na to nie zanosiło i pan Tomasz Bedyński, który na zlecenie gdańskiej biblioteki tę bibliografię tworzy, zaczął w molowej tonacji swych męskich poprzedników. Po paru zdaniach nabrał jednak pewności siebie i skupił się na tzw. sprawie. Zrobiło się ciekawie gdy wymienił nigdzie nienotowane artykuły, jakie Bądkowski pisał dla „Zrzeszy Kaszëbskiej”, zaraz prelegent podgrzał też atmosferę podając jego nieznany wcześniej pseudonim „Mieczysław Koźlikowski”, a sensacją okazała się w ogóle nieznana broszura Bądkowskiego, napisana jeszcze w Szkocji! Może taką niewątpliwie być Polska lechicka, podpisana przez „Mieczysława Gliszczyńskiego”, a zachowana w Polsce aż w czterech egzemplarzach. Wyszła ona podobno w 1941 r. i Bądkowski lansuje w niej koncepcję „lechizmu” - nie mógł jej więc podpisać pełnym imieniem i nazwiskiem. Skądinąd wiadomo jednak, że ów „Gliszczyński” to był jego pseudonim, choć oficjalnie pisarz nigdy tego nie zaraportował.
Niesamowite rewelacje na tym się nie skończyły i T. Bedyński spokojnie sypał kolejnymi dreszczowcami. Podał wiarygodne uzasadnienie imienia „Jordan”, którego Bądkowski używał w połączeniu z nazwiskiem babki „Koźlikowski” (ma to być wyraz fascynacji postacią głównego bohatera hemingwayowskiego Komu bije dzwon). Wspomniał ok. 400 nieznanych artykułów o tematyce gospodarczej, które przyszły pisarz ogłosił w „Dzienniku Bałtyckim” w latach 40-tych, w większości pod rozmaitymi kryptonimami. Wyraźnie też uwidacznia się które artykuły Bądkowski pisał na tzw. zamówienie, jak O rozwoju tonażu floty radzieckiej, a które z większą wiarą, bo są podpisane innym inicjałem! P. Tomasz omówił też pokrótce geografię pisarską - a raczej publicystyczną - Bądkowskiego z tamtych lat, która okazała się bardzo bogata: oprócz oczywistego Gdańska mamy na niej niedoceniany wcześniej Szczecin, a także Bydgoszcz, Poznań, Łódź, Warszawę i Kraków. „Widać, że Lech Bądkowski swoją aktywnością pokrywał całe Pomorze” - zauważył T. Bedyński. Bez dwóch zdań było to jego wymarzone „Wielkie Pomorze”, nawet z przyległościami.
Następnie nasz uczeń Hitchcocka przesunął dotychczasową datę debiutu prasowego literata Bądkowskiego na lipiec 1946 r., kiedy to „Dziennik Bałtycki” wydrukował jego opowiadanie Kontrtorpedowiec i Stuka (chodzi o bombowiec Junkers Ju-57), wcześniejsze o prawie miesiąc niż znany bibliografom Odwrót spod Narwiku, być może też oparte na wspomnieniach z kampanii norweskiej. A kwestią na razie nierozstrzygniętą jest przedwojenna publikacja „Leszka Buntkowskiego”, która miała ukazać się w 1938 r. w wewnętrznym piśmie jego brodnickiej szkoły pt. „Podchorąży”. Byłaby to kolejna rewelacja bądkowskologiczna.
Pan Tomasz Bedyński miał do dyspozycji podobne 25 minut, więc nie rozwinął takich tematów jak wędrówki tytułu Cytaty i komentarze, który z Bądkowskim krążył po kilku organach prasowych, kwestia licznych dedykacji dla pisarza, których jest więcej niż dotychczas myślano, parodie pisarskie i in. (Przyznał później, że w studiach nad bibliografią jest dopiero w latach 60-tych.) Cały czas przekonywał, że Bądkowski nadal żyje i nadal pisze, ducha wspomnianego dało się też bardzo wyraźnie odczuć w wielu momentach wystąpienia. A na koniec prelegent nawiązał do PAN-owskiego depozytu, zawarowanego przez pisarza na 50 lat. Otwarcie tego „pakietu”, jak go nazwał T. Bedyński, może być sensacją „lechologiczną” roku 2034. Wiau! - jak mówi teraz młodzież na Śląsku Cieszyńskim - normalnie nie idzie zwątpić.
Przez kolejne cztery minuty poruszoną tematykę komentował (bez cytatów) red. Adamkowicz, wskazując m.in. na wojenne przyjaźnie intelektualne bohatera, po czym dokładnie o 12.11 zaprosił wszystkich na przerwę, konwersację, napoje i konsumpcję. Była ona przednia, a nawet całkiem tylna, bo „żłób” ustawiono w najmniej wygodnym miejscu. Może bardziej przez to smakowało, ale takie chwyty poniżej przewodu pokarmowego nie przystoją poważnej firmie. Jeśli impet niedawnego remontu jeszcze nie wygasł, proponuję przemyśleć zagadnienie.
Już o 12.49 i w nowym pomieszczeniu, ponieważ miał być film, zabrały głos damy. Pomieszczenie było wyraźnie mniejsze, ale ubyło coś ok. 20 widzosłuchaczy, więc był komfort. Nieobecni, którym należy się oczywiście pewna doza wdzięczności, dużo jednak stracili.
Najpierw o Lechu mówiła p. Maria Mrozińska, zapowiadając, że będzie krótko. Zahaczyła o sprawy specyfiki środowiskowej Pomorza, wspomniała pamiętaną do dziś „Samorządność” oraz, raczej zapomniany, Klub Myśli Politycznej im. Konstytucji 3 Maja. O swym zmarłym przyjacielu powiedziała pięknie: „Dobrze wiedział kiedy warto i wtedy nie miał wątpliwości, że trzeba.” Również ona uległa nieco spirytystycznym klimatom dnia: „Mam nadzieję, że żyje w tym filmie”; dodajmy, że w filmie, który powstał z udziałem p. Mrozińskiej.
Krótkie 20 minut zleciało szybko i głos zabrała Henryka Dobosz, reżyser i scenarzysta filmu Kryptonim „Inspirator”. Miała mówić o detalach biografii pisarza, w ostatniej jednak chwili zdecydowała się na przedstawienie swych ogólniejszych przemyśleń o nim, wykorzystując dlań tytuł Samotność długodystansowca. Wspominała rok 1980, szukała paralel w walkach o Narwik i latach spędzonych na emigracji. Porównywała Bądkowskiego z Jerzym Giedroyciem i Janem Nowakiem-Jeziorańskim. Cytowała m.in. Legendę o pustelniku („Idziemy prosto przed siebie. Ja pójdę pierwszy”) oraz znane i mniej znane opinie o Bądkowskim („On był wariatem”). Mówiła, że stworzył ZK-P oraz gdański klimat i elity, „wyhodował premierów, marszałków, cały zastęp dzisiejszych polityków, którzy dzisiaj będą decydować o losie Polski”.
Z drugiej strony, Bądkowski był nierozumiany. Sam „rozumiał co to znaczy ukorzenienie Pomorza”, ale była to jedna z kwestii niedocenionych za jego życia. „Dopiero (...) zaczyna to dochodzić do ludzkiej świadomości” - rzekła H. Dobosz, mając z pewnością na myśli również postać pisarza w ogólności. Zacytowała jeszcze Lecha Wałęsę ze swego filmu i jego myśl, że to nie Bądkowski nie pasował do tamtych czasów, ale „to czasy nie pasowały do niego”, dodała jeszcze, że „dalej nie pasują”. Zakończyła refleksją, iż życie tego bohatera to był „wielki niespełniony los”, który obecnie mógłby być tematem na film fabularny. „Bądkowski nie był posągowy. To był bardzo żywy człowiek.” Nadal czeka on więc na swój czas.
Krótką refleksję dodała jeszcze p. Mrozińska i o 13.30 rozpoczęła się projekcja wiadomego filmu. Z każdym bliższym kontaktem film robi się ciekawszy i mogę tylko polecić wszystkim jego dokładną „lekturę”. Ponieważ ma on postać „portretu wielokrotnego”, można do woli zagłębiać się w słowa wypowiedziane o pisarzu przez tych, którzy go znali. Autorki filmu, za Tadeuszem Bolduanem, mówią o Bądkowskim, że „Kaszuby były jego fascynacją i wyborem”. Bogdan Borusewicz zauważa, iż on „zawsze chodził własnymi drogami”. Wiele mówi o Bądkowskim sam Wałęsa: „Nie znałem człowieka. Gdzieś słyszałem, ale nie za dużo”. Zbigniew Szymański komentuje: „Bardzo dobrze wyrażał się o Wałęsie, ale krytycznie.” I już z tych kilku zdań powstaje bardzo szeroka perspektywa, pozwalająca ujrzeć Lecha Bądkowskiego z kilku stron.
O godz. 14.22 przez ekran przesuwały się ostatnie napisy filmu, a na ich tle Marek Adamkowicz dziękował wychodzącym, wyrażając nadzieję, że wszyscy poznaliśmy jakieś nieznane strony Bądkowskiego i ze spotkania „coś wynieśliśmy, by wcielić w życie”. „Samo życie” - chciałoby się rzec.
Podsumowanie nasuwa się dość automatycznie: uroczysta konferencja miała swą dramaturgię, w której fragmenty nudne się dłużyły, a te ciekawe były za krótkie. Wyraźnie widać, że harmonogram bardzo prędko „wyszedł z foremki” (D. Masłowska), wybrano też niewłaściwego prowadzącego. Rzecz niedostatecznie też rozreklamowano. Była to raczej próba konferencji, a nie ona sama. Zatem za sam fakt jej zorganizowania i dobre chęci - oklaski, a za samą organizację - thumbs down, jak powiedziałby może Mr. Lech Bądkowski, znawca języków całej Europy. (SC)

Strona do wydruku Poleć tę stronę (e-mail)
Wyróżnienia
Medal Stolema 2005   Open Directory Cool Site   Skra Ormuzdowa 2002