Wiadomości - Miesięcznik "Pomerania" - Pomerania nr 3/2008
Losowe zdjęcie
Ewangelia - ks. Bogusław Głodowski (2252)
Pomerania
Wygląd strony

(2 skórki)
Kaszëbskô Jednota | www.kaszebsko.com
Stowarzyszenie Osób Narodowości Kaszubskiej

Miesięcznik "Pomerania" : Pomerania nr 3/2008
Wysłane przez: sgeppert dnia 27.2.2008 21:46:14 (3045 odsłon)

Pomerania 03/2008Byłem na konferencji w Żukowie. Wypiłem kawę i pojadłem ciastek, które organizatorzy przygotowali dla ponad setki uczestników. Później słyszałem, jak co bardziej złośliwi twierdzili, że za te pieniądze lepiej było kupić kawałek szyny albo chociaż semafor, bo cała para poszła w gwizdek konduktora Lamczyka i jeszcze kilku Polejarzy. Chociaż nie znam się na pociągach i polityce, trudno mi się nie zgodzić z pewnymi zasłyszanymi obserwacjami. Otóż w kwestii Kolei Metropolitarnej i, co za tym idzie, „Kaszubskiej” nadal brakuje najważniejszych połączeń. Wydają się one nawet bardziej niezbędne niż trakcja elektryczna między Rębiechowem i Kartuzami. Chodzi o komunikację między ludźmi.
Marcowy numer „Pomeranii” ukaże się 29 lutego br.



Pomerania - miesięcznik wydawany przez Zarząd Główny Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Redakcja: 80-837 Gdańsk, ul. Straganiarska 21-22, tel. 058 3012731, e-mail red.pomerania@wp.pl



2. Listy

3. Marcin Wołek, Kolej Metropolitalna: krok w kierunku integracji Pomorza
Województwo pomorskie to region niezwykle zróżnicowany, o dużym potencjale rozwoju. Aby wewnętrzna różnorodność nie była barierą, lecz stała się atutem, potrzebny jest na tym terenie sprawny system transportowy. Jest on konieczny przede wszystkim dlatego, że dla przyszłości Pomorza najważniejszym wyzwaniem staje się właściwe kształtowanie relacji metropolia – region. Trójmiasto jest bowiem ważnym ośrodkiem naukowo-edukacyjnym oraz miejscem posiadającym coraz bardziej atrakcyjny rynek pracy, na którym zatrudnienie znajduje też duża liczba osób dojeżdżających.
Warto brać przykład z krajów wysoko rozwiniętych, gdzie obok budowy i unowocześniania linii kolejowych dużych prędkości wielką wagę przywiązuje się do odpowiedniego finansowania regionalnych systemów transportu zbiorowego, zdając sobie sprawę z ich znaczenia dla codziennego funkcjonowania lokalnych społeczności. Ciekawostką jest, że duże pieniądze, jakie Polska otrzyma w latach 2007-2013 w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko (ok. 7 mld euro) na modernizację głównych linii kolejowych, to mniej więcej tyle, ile w Niemczech rocznie przekazuje się na dofinansowanie regionalnych przewozów kolejowych! (więcej w „Pomeranii”)

6. Janusz Świątkowski, Bezpłodny pociąg do kolei
Byłem na konferencji w Żukowie. Wypiłem kawę i pojadłem ciastek, które organizatorzy przygotowali dla ponad setki uczestników. Później słyszałem, jak co bardziej złośliwi twierdzili, że za te pieniądze lepiej było kupić kawałek szyny albo chociaż semafor, bo cała para poszła w gwizdek konduktora Lamczyka i jeszcze kilku POlejarzy.
Chociaż nie znam się na pociągach i polityce, trudno mi się nie zgodzić z pewnymi zasłyszanymi obserwacjami. Otóż w kwestii Kolei Metropolitarnej i, co za tym idzie, „Kaszubskiej” nadal brakuje najważniejszych połączeń. Wydają się one nawet bardziej niezbędne niż trakcja elektryczna między Rębiechowem i Kartuzami. Chodzi o komunikację między ludźmi.
Jak, dla przykładu, tłumaczyć fakt, iż na konferencji Wojciech Szczurek, prezydent miasta Gdyni, który mówił o konieczności budowy nowoczesnego połączenia kolejowego górnych tarasów tego miasta, występował bez swoich kolegów z trójmiejskiego trio? Jego popis brzmiał solo, bo Jacek Karnowski i Paweł Adamowicz nie dojechali. Szkoda, bo mogliby wysłuchać kilku ciekawych analiz naukowców z Uniwersytetu Gdańskiego, które streścić można krótko: „Kolej albo śmierć (dla Pomorza)”. (więcej w „Pomeranii”)

7. Tomasz Żuroch-Piechowski, Ratujemy ZUS? (felieton)
Zostałem ojcem! Józefina Felicja przyszła na świat w drugiej połowie stycznia na gdańskiej Zaspie – niedaleko miejsca, gdzie hitlerowcy pomordowali polskich pocztowców, niedaleko cmentarza, na którym pośród ofiar Stutthofu spoczywa nasz krewny Jan Piechowski. W ten sposób Józia, chcąc nie chcąc, została wpisana w historię. Historię, która jest dla mnie bliska, choć dla niej będzie zapewne równie zamierzchła jak wiek rysunków w grotach Lascaux.
„A z narodzeniem Józefiny było tak...” – mógłbym rozpocząć swą opowieść, parafrazując ewangelistę. Kontekst biblijny jest zresztą jak najbardziej na miejscu – jeszcze dwa tygodnie przed narodzinami zastanawialiśmy się z żonką, czy nie przyjdzie jej rodzić w McDonald's lub KFC – współczesnych odpowiednikach stajenki. Strajki pomorskich lekarzy skutecznie utrudniały nam życie przez całe dziewięć miesięcy, zagrażając nie tylko finansom, ale też zdrowiu i życiu. Najbardziej uczciwi byli lekarze z Pucka, którzy od początku odmówili zajmowania się „trudnym przypadkiem”. Zastanawiam się, czy nie chodziło o to, żeby miejscowemu szpitalowi nie zaniżać statystyki zdrowych urodzeń w akcji „Rodzić po ludzku”? Tym bardziej jestem wdzięczny tym z medyków, którym hipokryzja nie przysłoniła przesłania przysięgi Hipokratesa – przede wszystkim nie szkodzić. (więcej w „Pomeranii”)

8. Iwona Joć, Żeglujący malarz
Ma świadomość, że za luksus trzeba płacić. Sam jednak każdy zaoszczędzony grosz woli przeznaczyć na swoją pasję i poznawanie świata. Dlatego żyje skromnie, nawet bardzo skromnie. I samotnie. Mówi, że wystarczają mu malowanie i żeglarstwo. Ludzie nieraz zazdroszczą mu, że nie ma takich problemów jak oni. Wówczas odpowiada im: „Ja ich nie stwarzam, wy zaś sami sobie je fundujecie. Ja płacę swoje rachunki, wy swoje”.
Idąc przez jedno z usteckich osiedli, bacznie przyglądam się oknom na czwartych piętrach bloków. W końcu widzę to, którego szukam. Na nieokraszonej firankami szybie czerwieni się litera „R”. Znak, że to mieszkanie Romana „Kwiat” Kwiatkowskiego, który swoje lokum wyróżnił w jeszcze inny sposób. Na drzwiach wejściowych napisał: „Moja jama”. Wbrew pierwszemu skojarzeniu brzmi to całkiem przyjemnie. Nie nora czy dół. Bardziej kryjówka, w której można schować się przed światem, uciec przed jego szablonowością.
W otwartych drzwiach pojawia się człowiek niewielkiego wzrostu. Długie, białe włosy opadają mu luźno na ramiona. Dzieciom przypomina zapewne świętego Mikołaja, lecz mnie jego wygląd od razu nasunął na myśl... wikinga, zahartowanego w podróżach wilka morskiego, tyle że naznaczonego nutą szczególnej wrażliwości. (więcej w „Pomeranii”)

11. Kazimierz Ostrowski, O Druhu Wicku (felieton)
Mówili na niego Druh Wick, jak tego chciał, bo druhami nazywali się członkowie polskich towarzystw w Nadrenii i Westfalii. Stamtąd wyniósł zamiłowanie do muzyki i teatru, tam nauczył się grać na cytrze. Po powrocie do rodzinnego Wiela do końca życia był druhem dla członków zespołów, które sam zakładał i niestrudzenie prowadził. Pod koniec życia doczekał się uznania i niemałej sławy. „Odkryło” go Polskie Radio, pisały o nim gazety. Nie dbał o to. Na gratulacyjny list M. Ichnowskiego z Chojnic odpisał: „Najpierw tedy musimy skapitulować ze zbyt śmiałej »gratulacji« Pana Profesora za wejście na one łamy prasy. (...) O takie wyróżnienie nie warto się wysilać, bo to gumowo – elastyczna zdobycz i jak dym rozwiewna. Większą za to robi radość, że robota toastu [utwór pt. „Toast na cześć Herusia Derdowskiego” – przyp. KO] znalazła uznanie u wielu czytelników mniej i więcej pisma uczonych”. Ale kilka lat później, dziękując za wręczony mu Złoty Krzyż Zasługi, nie potrafił ukryć wzruszenia: „To jest nadzwyczajna historia dlô mnie. (...) Co do mnie samego, że to trafiła mnie ta kreska dzisiaj nadzwyczajna, toć o tym ani myślałem kiedykolwiek, nigdy. Jak pracowałem, to pracowałem dla sprawy narodowej i dźwigania ducha. To było najważniejsze za czasów germanizacji. Nie oglądôłem się też ani w lewo, ani w prawo, a jak przyszło do czego, to zawsze jakaś sprężyna gnała, że to i to trzeba wykonywać i pracować”. W tych prostych słowach 83-letni artysta, poeta ludowy i działacz kulturalny Wincenty Rogala wyraził swoje credo życiowe. Nie dla nagród, nie dla chwały, lecz dla „sprawy narodowej” pracował pół wieku w ukochanym Wielu. (więcej w „Pomeranii”)

12. IJ, Połów dobrych dusz
To już 21. raz redakcja „Pomeranii” wręczyła Skry Ormuzdowe za animowanie życia regionalnego – czy to kulturalnego, czy społecznego bądź gospodarczego – w środowiskach lokalnych na Pomorzu Gdańskim. Z tej okazji 17 stycznia do Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku przybyli wybrani przez Kolegium Redakcyjne laureaci nagrody za rok 2007 – Maria Ollick z Tucholi (bibliotekarka, prezes Borowiackiego Towarzystwa Kultury), Marek Opitz z Nowego Dworu Gd. (fotografik, opiekun dziedzictwa kulturowego Żuław), Roman Apolinary Regliński z Kartuz (kolekcjoner, autor książek popularyzujących Kaszuby), Remusowy Krąg z Borzestowa (klub regionalistów) i Henryk Soja ze Słupska (kierownik Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach) – oraz zaproszeni goście. (więcej w „Pomeranii”)

12. Kazimierz Ostrowski, Genetyczne obciążenie
W listopadzie ub.r. Borowiackie Towarzystwo Kultury ponownie wybrało prezesem Marię Ollick i przyjęło w swe szeregi setnego członka. Kto choć trochę zna Tucholę, ten wie, jak dużo znaczy BTK w życiu tego miasta od lat czterdziestu, kto zaś przypatruje się pracy stowarzyszenia, przyzna bez wahania, że pani Maria, osoba wielkiej skromności, nie od dziś gra w nim pierwsze skrzypce.
Ludzkie pasje z najrozmaitszych pochodzą źródeł, czasem nieodgadnionych, lecz w przypadku Marii Ollick najpierw przychodzi na myśl genetyka. Swego dziadka po kądzieli Wojciecha Prylla, działacza narodowego i wielkiego społecznika w powiecie tucholskim, pani Maria nie zdążyła poznać, bo zamordowali go hitlerowcy w Rudzkim Moście w 1939 roku, ona zaś urodziła się dopiero po wojnie. Dużo jednak dowiedziała się o nim szperając w przedwojennych gazetach, gdzie raz po raz natrafiała na jego ślady. Od dziecka natomiast przyglądała się zajęciom ojca, Franciszka Wierzby, który zaciekawienie regionalną historią i kulturą zawdzięczał ks. Leonowi Heykemu, swemu wychowawcy w kościerskim seminarium nauczycielskim. Los kazał mu osiąść w Tucholi, więc to miasto i Bory Tucholskie stały się dlań przedmiotem twórczej fascynacji, choć w sercu wciąż nosił ojczyste Kaszuby i pisał kaszubskie wiersze. (więcej w „Pomeranii”)

13. Grzegorz Gola, Rzecz o ratowaniu zapomnianego świata
Mają i Żuławy swój „zapadły zamek”. Jeszcze głębiej, mocniej zapadnięty, niż ten kaszubski. Zatopiony nie w jeziorze, lecz w bagnie; tym trudniej go stamtąd wydobyć.
Zamek to świetny, nieomal doskonały. Na tle okolicznych zamków zdumiewający nadzwyczajną funkcjonalnością i pięknem kompozycji uczynionej ludzką ręką na przekór przyrodzie. Budowany w wielkim trudzie i pocie czoła przez kolejne pokolenia Żuławiaków. Niestety, dzisiaj jest on już mocno zapomniany, a co gorsza, tak niewielu wie, gdzie i jak go szukać.
Odnalezienie utraconej sławy Żuław jest współcześnie zadaniem znacznie trudniejszym niźli odtworzenie chwały Kaszub i Kociewia. Nie ma bowiem w delcie Wisły pięknych jezior, a lud mówi językami wszystkich stron powojennej Polski. Na szczęście są jeszcze na Żuławach rycerze światła zatracający się w walce nad „wydźwignięciem zapadłego zamku”. (więcej w „Pomeranii”)

15. Edk Kamińsczi, Kartësczi Remus
Romón Apòlinari Reglińsczi przëszedł na swiat 23 lëpińca 1932 rokù w Skórczu, kòle Gduńsczégò Starogardu. Jegò starszi, Francëszk ë Marta z dodomù Richert przecygnãlë do Kartuz w gòdniku 1933 rokù i tu zamieszkiwelë. Romón je czwiôrtim dzeckã familji Reglińsczich. Szkòłã Pòwszechną skùńcził w 1947 rokù, a maturã zdôł w 1952 rokù w Państwòwim Liceùm ë Gimnazjum w Kartuzach. Służbã wòjskòwą òdbiwôł w latach 1952-1954, jakno spiéwôk w Warkòwym Karnie Piesni ë Tuńca Wòjskòwi Òbéńdë w Bëdgòszcze. Më mù nadelë miono ,,kaszëbsczi Paùl Ropsón”, bò tak snôżo spiéwôł basem.
W 1958 rokù òbarnił tituł magistra prawa na Ùniwersytece miona Adama Mickiewicza w Pòznaniu. Jakno prawnik robił w Szczecënkù, Człuchòwie i w Kartuzach do 30 czerwińca 2006 rokù. Òd 1980 do 31 gòdnika 1992 rokù béł przenôleżnikã NSZZ ,,Solëdarnosc”. Za swòjã warkòwą robòtã ùczestiony je mërkã ,,Zasłużony ziemi gdańskiej” w 1981 rokù ë ,,Krziżem Kawalersczim Òrderu Òdrodzeniô Pòlsczi” w 1989 rokù, chtëren dostôł za starą Krajowi Radë Radców Prawnych we Warszawie. (więcej w „Pomeranii”)

16. Tadeusz Martychewicz, Niespokojny duch z Kluk
Henryk Soja, etnograf, badacz dziejów krainy Słowińców i jej mieszkańców, wielki orędownik ziemi słupskiej – jest, jak wielu naszych współrodaków, „owocem” złożonej historii Polski. Jego mama pochodzi spod Częstochowy, tata zaś – spod Kolbuszowej, w dzisiejszym województwie podkarpackim. Spotkali się przed wojną, we Francji, dokąd wyjechali za pracą. Po wielu przejściach rodzina odnalazła się w Polsce, po wojnie mocno „przesuniętej” na zachód. W Świebodzicach, mieście w dzisiejszym województwie lubuskim, w 1949 roku przyszło na świat ich kolejne dziecko – Henryk.
Studia etnograficzne odbył na uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Uwieńczył je pracą magisterską pt. „Ludność polska Pomorza Zachodniego w etnografii niemieckiej do roku 1918”. Napisał ją pod kierunkiem prof. Józefa Burszty, a recenzentem był doc. dr Tadeusz Wróblewski, opiekun roku. Niemal „z marszu”, w 1972 roku, rozpoczął pracę w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku jako asystent Hugony Ostrowskiej-Wójcik, szefowej działu etnograficznego. Ówczesny dyrektor muzeum – dr Ludwik Przymusiński, wywodzący się z Wrześni, zatem „pyra wielkopolska”, pomógł młodemu pracownikowi w szybkim uzyskaniu mieszkania w Słupsku, co w tamtym czasie było wartością na miarę dużej wygranej w Toto-Lotka. (więcej w „Pomeranii”)

17. Iwona Joć, „Nich nie żeje sóm dlô se”
Czas płynie jak woda – mówią przysłowia, a jego bieg odmierzają zegary. (...) Nikt nie poskromił czasu, nie zatrzymał wiecznie przesypującej się klepsydry nieuchronnego przemijania wszystkiego na Ziemi. Potrzeba mierzenia czasu jest niemal tak stara jak nasza cywilizacja. Pierwsze miary – dzień i noc – ustanowiła sama Natura. Proszę Was, abyście na Wasze spotkania nie zabierali zegarków (poza prelegentami). Niech będą one mierzone miłością, życzliwością, wzajemnym oddaniem.
Słowa te wpisał do kroniki klubu Remusowy Krąg ks. Bogdan Drozdowski, proboszcz parafii – jak mówią Kaszubi – „na” Wygodzie, do której należą mieszkańcy oddalonego kilka kilometrów od kościoła, Borzestowa. To tutaj właśnie, w małej wsi w powiecie kartuskim, dzieją się rzeczy wielkie, których pozazdrościć mogą sąsiednie miejscowości gminne, a nawet kaszubskie miasta. Na tyle interesujące, że mimo sporej odległości od dużych aglomeracji zmierzają do tej wsi ludzie znani, a nawet bardzo znani. Przybywają, by – na prośbę członków klubu – podzielić się swoimi doświadczeniem i wiedzą wyniesionymi z pracy na rzecz małej i wielkiej ojczyzny. (więcej w „Pomeranii”)

18. Zbigniew Gach, Kapitan żeglugi wielkiej
Leon Skelnik, jeden z pionierów polskiego rybołówstwa dalekomorskiego, urodził się w przedwojennej Gdyni jako wnuk i syn kaszubskich rybaków przybrzeżnych. Z łowienia ryb utrzymywali się jego dziadek Jan i ojciec Franciszek, ale szersze, udokumentowane dzieje gdyńskiej rodziny Skelników sięgają trzech wieków.
Prezentowany szósty fragment przeprowadzonego przez Zbigniewa Gacha wywiadu-rzeki, który wkrótce ukaże się w wersji książkowej, dotyczy początku „rewolucji trawlerowej” na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. (więcej w „Pomeranii”)

22. Marek Adamkowicz, Wielcy mistrzowie wychodzą z grobu
Sensacja wisiała w powietrzu od samego początku. Nie było bowiem tajemnicą, że katedra św. Jana Ewangelisty w Kwidzynie jest miejscem wiecznego spoczynku wielkich mistrzów Zakonu Krzyżackiego. Problem polegał na tym, że po upływie setek lat nie bardzo wiedziano, gdzie owych dostojników szukać i… co z nich pozostało.
Ale kto nie szuka, ten nie znajduje. Wiedzą o tym proboszcz świętojańskiej parafii, ks. Ignacy Najmowicz, oraz Bogumił Wiśniewski, główny specjalista ds. ochrony zabytków w Urzędzie Miasta Kwidzyn, z inicjatywy których rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę prace poszukiwawcze.
– Z urodzenia jestem kwidzynianinem, z wykształcenia archeologiem – opowiada pan Bogumił. – Podjęcie się tego zadania było więc decyzją całkiem naturalną. W przypadku pomyślnego zakończenia wykopalisk miasto zyskałoby znakomite atuty promocyjne, zaś mieszkańcy mogliby się poczuć dumni z jego historii. (więcej w „Pomeranii”)

I-VIII – „Najô Ùczba”, dodatek edukacyjny

25. Beata Purc-Stępniak, Złoty wiek malarstwa flamandzkiego
„Rubens, van Dyck, Jordaens… 1608-1678. Splendor malarstwa flamandzkiego” – taki tytuł nosi wystawa otwarta 13 stycznia br. w gdańskim Muzeum Narodowym, której pierwszą odsłonę można było obejrzeć w Muzeum Narodowym w Warszawie. Jest ona wynikiem wieloletniej współpracy pomiędzy tymi dwoma placówkami a instytucjami zagranicznymi – Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, Gemäldegalerie der Akademie der bildenden Künste w Wiedniu i Gemäldegalerie Alter Meister w Kassel. Prezentuje 83 wysokiej klasy obrazy pochodzące przede wszystkim ze zbiorów polskich (i 15 austriackich). Z powodów konserwatorskich zabrakło trzech płócien z Kassel.
Gdańska ekspozycja poszerzona została o dodatkowe prace mistrzów flamandzkich – Jacoba Jordaensa, Antona van Dycka, Jana Peetersa, Davida Teniersa Młodszego, Jana Brueghla Młodszego – należące do kolekcji muzeum. Sposób ich prezentacji pomyślany został tak, by w 7 działach (malarstwo storii religijnych i antycznych, portrety, mitologia i sceny rodzajowe, martwe natury kwiatowe i owocowe, malarstwo krajobrazowe, sceny ze zwierzętami, malarstwo gabinetowe) ukazać najświetniejszy okres sztuki flamandzkiej, której istotnymi ośrodkami były Bruksela i Antwerpia za rządów arcyksiążąt Alberta i Izabeli (1599–1633), oraz zwrócić uwagę widzów na zleceniodawców i wielkie indywidualności twórcze barokowego malarstwa flamandzkiego, mechanizmy rządzące ówczesnym rynkiem dzieł sztuki, proces inspiracji i powstawania dzieła. W związku z tym dodatkowymi działami wystawy są pracownia artysty i aneks do wystawy, przygotowany z myślą o wpływie malarstwa flamandzkiego na gdańskie. (więcej w „Pomeranii”)

26. Andrzej Zbierski, Duch „Odwróconej kotwicy”
W życiu miewamy różne kontakty i rozmowy. Tysięczne spotkania dotyczące wspólnych spraw, zainteresowań…. Niektóre z nich są na tyle znaczące, że się je pamięta. Ubogacają one obie strony i są z radością oczekiwane. Kiedy los sprawi, że jedna z tych osób odejdzie, człowiek pyta, co by ona w tej czy innej sprawie powiedziała, co by doradziła; tworzy się po niej pustka, której nikt nie zapełni. Dla mnie, a myślę że i dla innych, kimś takim był Lechu.
Po raz pierwszy spotkaliśmy się późnym latem 1955 roku. Wpadłem do redakcji „Rejsów” w „Dzienniku Bałtyckim”, gdzie byłem umówiony z redaktor Stanisławą Fleszarową-Muskat. W jej gabinecie zastałem młodego mężczyznę ubranego w oryginalny brytyjski battle dress. Pomyślcie młodzi przyjaciele: w 1955 roku, w pełni rozkwitu PRL, ten widomy znak, że osobnik ma jakieś tam związki z „wrogim układem”! Jakby tego było mało, ja również byłem ubrany w angielski battle dress! Stanęliśmy naprzeciw siebie jak wryci. Pani Stanisława przedstawiła Lecha jako początkującego pisarza i prawnika, mnie jako początkującego archeologa. Właśnie przyniosłem do druku artykuł o moich odkryciach na gdańskim wczesnośredniowiecznym grodzie nad Motławą. Wyszliśmy razem. Lech wyglądał na znacznie młodszego, niżby świadczyły jego pierwsze opowieści. Tego dnia dotarliśmy na ulicę Grodzką 13, gdzie mieszkałem, a nieopodal roztaczały się moje tereny badawcze. Umówiliśmy się na rychłe następne spotkanie. Mój nowy znajomy chciał jak najszybciej zobaczyć stanowiska archeologiczne. Zawiązała się między nami mimowolna nić porozumienia i sympatii. W krótkim czasie odkryliśmy, że łączy nas bardzo wiele. Nie wiem co sprawiło, że bez przysłowiowej beczki soli nabraliśmy do siebie pełnego zaufania. A przecież działo się to w czasach, kiedy wokół takich osobników jak my dosłownie kłębiły się ogony szpicli różnego kalibru. Z czasem dowiedziałem się od Lecha, że jako podchorąży 67 pułku piechoty w Brodnicy w roku 1939 został wcielony w ramach mobilizacji do 63 pułku piechoty w Toruniu. Obaj wyrośliśmy z tradycji patriotycznych domów. On, absolwent znakomitego klasycznego liceum, wyniósł biegłą znajomość języków francuskiego i niemieckiego. To okazało się bardzo przydatne, kiedy został zwerbowany do oddziałów „cichociemnych”. (więcej w „Pomeranii”)

28. Maria Agacińska, Marzena Kruczek, Z Bądkowskim po Gdańsku
10 stycznia br. uczniowie gdańskiego Gimnazjum nr 2 uczestniczyli w poświęconej Lechowi Bądkowskiemu grze terenowej, której celami było poznanie biografii pisarza, miejsc związanych z jego aktywnością w Sierpniu ‘80 oraz w Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim. Młodzież miała do wykonania zadania polegające na wejściu w rolę działaczy Solidarności i opracowaniu listy własnych postulatów oraz na ich wygłoszeniu. Te, które przygotowała, odnosiły się do życia społeczności szkolnej, poprawy służby zdrowia, opieki socjalnej,
a także komunikacji miejskiej.
Pod kierunkiem nauczycieli uczniowie pokonali wyznaczoną na planie Gdańska trasę. Na budynku przy Targu Rybnym 6c, w którym Bądkowski mieszkał i pracował, odnaleźli dedykowaną mu tablicę pamiątkową. Pytali też przechodniów, kim była ta postać (gdańszczanie wykazali się pobieżną jej znajomością). Następnie udali się do siedziby ZKP przy ulicy Straganiarskiej, gdzie pracownik biura Zarządu Głównego, Jacek Fopke, opowiedział o Bądkowskim i jego umiłowaniu Kaszub. (więcej w „Pomeranii”)

29. Andrzej Grzyb, Bogactwo, od którego serce rośnie (felieton)
Trwa moda na „lokalność”. Lokalność, która identyfikuje, naddaje wartości, ukorzenia. Czy to tylko moda, chwilowe upodobanie, czy też tendencja trwalsza? Taka, która niczego nie burzy, lecz porządkuje, będąc antidotum na unifikację. A może to, co najświeższe rodzi się nie w centrum, lecz tam, gdzie są „chcący”, aktywni i twórczy ludzie?
Wydaje się, że otwarta na przyszłość „lokalność”, nie dzielący regionalizm, nowoczesna krajowość, jest dla przyszłości szansą nie zagrożeniem.
W Starogardzie, po wystawie prac Franciszka Starowieyskiego, zaprezentowano grafiki trzech największych ubiegłowiecznych mistrzów. Z imponującego dorobku Matisse’a i Miró przedstawiono kilkadziesiąt litografii, z których sporo powstało jako ilustracje do książek. Z prac Picassa pokazano miedzy innymi cykl ilustracji do opowiadania Prospera Mérimée „Carmen”. (więcej w „Pomeranii”)

30. Zygfryd Stefan Mielewczyk, Fotograficzne promieniowanie tła (3)
Harmonijny dobór dwojga ludzi, którzy pragną stworzyć udany i trwały związek rodzinny i dobrze wychować dzieci, nie jest łatwy. Jest ryzykowny, o czym wiedzą rozpadające się – zwykle z powodu nieumiejętności współpracy, niewierności czy braku porozumienia się – małżeństwa i pary. Każdy z nas zdobywa swoje doświadczenie i umiejętność dopasowania się do innych ludzi. W tej sferze bracia Brunon, Michał i Franciszek (mój ojciec) Mielewczykowie mieli niewątpliwie trudniejsze zadanie, niż pozostające na wsi, starsze od nich, rodzeństwo. Przecież wyrośli w obyczajowości i kulturze pomorskiej, kaszubskiej, wiejskiej, gdzie dominowała endogamia nakazująca zawieranie małżeństwa wyłącznie we własnej grupie etnicznej. Mój ojciec chrzestny, stryj Brunon, był jednak innowacyjny i buntowniczy. Po zamieszkaniu w Gdańsku przyjął postawę odmieńca wobec tradycji Kaszubów i ożenił się z ładną gdańszczanką, pochodzącą po mieczu z krakowskiej rodziny ewangelickiej. Nim jednak to się stało, dość swobodnie buszował wśród dziewcząt. On i młodszy Michał (któremu gdańscy koledzy nadali ksywę „Walter”), dwaj zintegrowani kupcy gdańscy, postrzegani byli w rodzinie jako młodzieńcy sukcesu w zawodzie i mający powodzenie u kobiet. Sami chętnie popisywali się wciąż nowymi zdjęciami z gdańskimi pannami. (więcej w „Pomeranii”)

33. Maria Roszak, U weterynarza
Raz żam lazła zéz mojimi kéjtrami zéz poczty (tamoj żam paczke łodbiérała) i nagle wjidza, że jedan psiar gméra sia jak kulas! ,,Na nó!” – zestrachała żam sia. – ,,Co tera je?”. A tan kéjter (to je suczka i jéj jimnia Rajka) dérda jak łómega jednó łapó tak cianżko i kraczato kraśka, że mnia sia go żal zrobjiło. ,,Trza sia zakimrować o mojégo krużowatégo lelka” – deliberuja i ajkam tan zmarachowany łeb. Drugi psión (to je Wika) skika i zgrabnie drapam daje, zaleca sia tym janzoram, kryguje sia i se szportuje po psiamu. Rajka sia gapsi na mnia całkam szlap... ,,Może jéj sia tamoj storzy jakaś fsistuła na łapsi? Abo skranciła ta géra?” – zaknychała żam do siebia. ,,Trza żgać do weteryniarza!”.
Najpsiérw żam dohalała paczki dóma i tamoj łostawiła żam Wiczka, co by wachował tan psi hycelek. Tedy mujkam Rajka po muni, daje jéj sztulka i gadam do niéj:
– Idzim do weteryniarza rojberku mój nadurszały, wszytko bandzie posmycznie! (więcej w „Pomeranii”)

34. Edmund Kamiński, Wierny przyjaciel Kaszubów i Polaków (1)
W sylwestrowy wieczór 2007 r. od przyjaciela z Wrocławia Zygmunta Budzisza otrzymałem smutną wiadomość – w południe 31 grudnia zmarł w Salzburgu nasz wspólny austriacki przyjaciel Ferdynand Neureiter.
Jak szybko upłynął czas prawie 50 lat ożywionych kontaktów z nim! Teraz przyszedł czas na nostalgiczne wspomnienia, a jednocześnie pytania, kim właściwie był Neureiter i dlaczego tak mocno zafascynowały go Kaszuby, ale nie tylko one? Warto przypomnieć Jego drogę do kaszubszczyzny, bo młodsze pokolenie Kaszubów zna w zasadzie tylko jego „Antologię kaszubską” („Kaschubische Anthologie” – 1973) oraz „Historię literatury kaszubskiej” („Geschichte der kaschubischen Literatur” – 1978) w tłumaczeniu na język polski dokonanym w 1982 r. przez Marię Boduszyńską-Borowikową.
Z biograficznych materiałów Ferdynanda wynika, że urodził się On 15 czerwca 1928 r. w Rydze, ale korzenie Jego przodków tkwią w słowiańszczyźnie. 40 lat temu tak pisał w liście do jednego z przyjaciół: „Ojciec mój, profesor medycyny sądowej, pochodził z Karyntii, najbardziej na południe wysuniętej części Austrii, matka zaś urodziła się w Wiedniu... Miałem polskich przodków ze strony matki. Nazywali się Borkowscy i pochodzili z okolic Łukowa, skąd przed laty wywędrowali do Austrii. Rodzina ta wydała kilka znanych osobistości, żeby wymienić tylko mego pradziadka Carla von Borkowskiego, który był wziętym wiedeńskim architektem, projektantem dzielnicy, zwanej »Cottage«. Dziś jedna z ulic Wiednia nosi jego nazwisko...”. (więcej w „Pomeranii”)

35. Lektury

37. Muzyka

38. Klëka

41. Z życia Zrzeszenia

46. Informator regionalny

48. Rómk Drzéżdżónk, Pieczelné zéńdzenié (felieton)
Król pòdzemnégò swiata, Lëcëper, titularny a prôwdzëwi włôdca diôchłów, ùkôzków, strôszków a czarowniców, wësłôł kòzła do swòjëch pòddónëch żëjącëch w kraju Kaszëbów, bë ti natëchkótach do piekła wstąpilë na òglowé zéńdzenié pieczelnëch stwòrzeniów.
– Demónë mòje przebrzëdłé – Lëcëper zaczął spòkójno òd kòmplemeńta, a tej jak nie zaczął sã pieklëc a grzëmiec: – Przódë lat naju, czôrtów, bëło na Kaszëbach baro wiele. Terôzka, z rokù na rok, wedle łóńsczégò òglowégò spisënkù felëje mie cziledzesąt sztëk naszich bracynów ë sostrów. Czë wa, diôblãta przegrzeszoné, mòżeta mie rzec, cëż sã z nima stało? Gadac mie tu zarô!
Pierszi òdezwôł sã môłi, czôrny Pùrtk:
– Kògùż braknie? Familiô Pùrtków wcyg sã mnożi a smrodzy – rzekł òn bùszno, le pò sztóce cos mù sã przëbôczëło: – Aaaa, dożdżece Wasto... Czuł jem, że tragiczno òdeszła z naszégò karna Żëtnô Baba. Jã, a negò biédnégò Żëtnégò Macka, kòmbajn razã z żëtã skòszëł.
– Jo, jo – pòcwierdzëł Nen Czôrny. – Jô to widzôł. Jak Mack z Babą wrëjowalë, tedë nie wiedzącë skąd nen żelôzny juńc nadjachôł, a bëło pò wszëtczim…
Lëcëper blós machął na ne słowa rãką a kùknął na karno mòkrëch mòrzkùlców, sztël stojącëch dalek òd pieczelnégò ògnia. (więcej w „Pomeranii”)

Dołączone pliki: pomerania_0803.jpg 
Strona do wydruku Poleć tę stronę (e-mail)
Wyróżnienia
Medal Stolema 2005   Open Directory Cool Site   Skra Ormuzdowa 2002