Wiadomości - Miesięcznik "Pomerania" - "Pomerania" 7-8/2008
Losowe zdjęcie
Ceynowa (przypuszczalnie late 60. XIX wieku)
Pomerania
Wygląd strony

(2 skórki)
Kaszëbskô Jednota | www.kaszebsko.com
Stowarzyszenie Osób Narodowości Kaszubskiej

Miesięcznik "Pomerania" : "Pomerania" 7-8/2008
Wysłane przez: sgeppert dnia 21.6.2008 14:50:00 (4080 odsłon)

Pomerania 07-08/2008Emigracja z Kaszub, stanowiących integralną część Pomorza Gdańskiego, była pierwszym grupowym wychodźstwem zarobkowym z ziem polskich. Rozpoczęła się dwa dziesięciolecia po powstaniu listopadowym, ale wówczas jej rozmiary nie przekraczały stu osób rocznie. W roku 1848 na obszar Pomorza przybyli pierwsi agenci Towarzystwa Żeglugi Morskiej z Hamburga, werbujący ochotników na wyjazd „za morze”. Kaszubi decydowali się na opuszczenie rodzimych ziem chętnie, zwłaszcza że do roku 1860 podróż statkiem dla osób wyjeżdżających na stałe w celach osadniczych była bezpłatna. Numer 7-8/2008 „Pomeranii” ukaże się 26 czerwca br.



Pomerania - miesięcznik wydawany przez Zarząd Główny Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Redakcja: 80-837 Gdańsk, ul. Straganiarska 21-22, tel. 058 3012731, e-mail red.pomerania@wp.pl



3. Kazimierz Ickiewicz, Kaszubi w kraju klonowego liścia
Emigracja z Kaszub, stanowiących integralną część Pomorza Gdańskiego, była pierwszym grupowym wychodźstwem zarobkowym z ziem polskich. Rozpoczęła się dwa dziesięciolecia po powstaniu listopadowym, ale wówczas jej rozmiary nie przekraczały stu osób rocznie. W roku 1848 na obszar Pomorza przybyli pierwsi agenci Towarzystwa Żeglugi Morskiej z Hamburga, werbujący ochotników na wyjazd „za morze”. Kaszubi decydowali się na opuszczenie rodzimych ziem chętnie, zwłaszcza że do roku 1860 podróż statkiem dla osób wyjeżdżających na stałe w celach osadniczych była bezpłatna. (więcej w „Pomeranii”)

11. Tomasz Żuroch-Piechowski, Paszport wymienię na inny (felieton)
Źle się dzieje w państwie polskim, ale są pierwsze oznaki sanacji. Tym razem w roli uzdrowiciela wystąpił były wiceminister edukacji w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, niejaki Orzechowski imieniem Mirosław.
Pan Mirek, czy jak mawiają nasi niemieccy przyjaciele – Miro, pełniący chwilowo obowiązki „polityka” odsuniętego od głównego nurtu wydarzeń przez „polskojęzyczne media”, powrócił niedawno w glorii i chwale na nagłówki gazet za sprawą swojego bloga. Dla tych, którzy nie wiedzą z czym to się je, wyjaśnię, że blog, to tyle co pamiętnik, tylko internetowy. O ile pamiętniki papierowe przeznaczone były głównie dla ich twórców, którzy strzegli sekretnej zawartości przez niepowołanymi oczami, o tyle blog jest przeznaczony przede wszystkim dla wszelkiej maści ciekawskich, którzy lubią wkładać nos nawet tam, gdzie (mówić) nie wypada. Blog jest więc nie tyle sposobem na utrwalenie własnych przeżyć, ile metodą autokreacji, sposobem na zaistnienie w mediach, czasem za wszelką cenę. Przypadłość ta spotkała właśnie pana Mirosława, niegdyś ministra, obecnie kandydata na senatora w wyborach uzupełniających na Podkarpaciu. Mieszkając na co dzień w Łodzi ma on zapewne silne związki emocjonalne z Podkarpaciem. (więcej w „Pomeranii”)

12. Iwona Joć, O kaszubskim Gdańsku (wywiad)
– W końcu lat 80. w kręgu osób należących dawniej do Ruchu Młodej Polski w Gdańsku (liderami byli tu Aleksander Hall i Arkadiusz Rybicki, działacze skupieni wokół podziemnego czasopisma „Polityka Polska”) zaczęła kiełkować myśl o formalnej płaszczyźnie współpracy z jakąś organizacją polityczną lub społeczną – mówi Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska. – Zdecydowano, że będzie to Klub im. Lecha Bądkowskiego, do którego zaproszono również mnie, wtedy studenta IV roku prawa na Uniwersytecie Gdańskim. Byłem chyba najmłodszym uczestnikiem tego gremium.
Uczęszczałem na zebrania odbywające się jeszcze przed legalizacją klubu, bo trzeba wiedzieć, że przy pierwszym podejściu nie został on zarejestrowany. W ten sposób poznałem takich działaczy kaszubskich, jak Tadeusz Gleinert, Szczepan Lewna, Józef Borzyszkowski i wielu innych... Zresztą, wtedy już w miarę dobrze kojarzyłem strukturę Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a także czytywałem „Pomeranię”, o której mówiło się, że jest schronieniem dla opozycji. W 1990 roku, kiedy zostałem wybrany na radnego Gdańska, Tadeusz Gleinert wręczył mi deklarację członkowską Zrzeszenia. (więcej w „Pomeranii”)

14. Andrzej Hoja, Oczyma młodych. Gdańsk po kaszubsku (4)
Przejeżdżając niedawno tramwajem przed Urzędem Miejskim w Gdańsku, byłem świadkiem, jak mały chłopiec, dostrzegłszy wiszącą nad wejściem do budynku flagę województwa pomorskiego, spytał mamę: „co to za smok?”. Jednakże nie dowiedział się, że tajemniczym zwierzęciem jest gryf. Jego ciekawość została zaspokojona wymijającą, powierzchowną odpowiedzią.
Niniejsza (ostatnia) część cyklu o kaszubskim Gdańsku dotyczy młodych gdańszczan z kaszubskimi korzeniami lub, jak kto woli, młodych gdańskich Kaszubów – bo jak się okazuje nie zawsze jedno jest tożsame z drugim. Aby porozmawiać z młodymi ludźmi spełniającymi powyższe „kryteria”, poszukiwania rozpocząłem od jednego z gdańskich liceów. I już na wstępie doświadczyłem porażki, bo mimo iż było z kim rozmawiać, jakoś nikt nie był chętny. Poprosiłem więc o pomoc znajomą, która lepiej wiedziała, kto w tej szkole jest z pochodzenia Kaszubą. W nadziei, że może będzie miała więcej szczęścia, oczekiwałem niecierpliwie na rezultaty. (więcej w „Pomeranii”)

16. Katarzyna Wojciechowska, Rekreacja konna na Pojezierzu Kaszubskim
„Największe szczęście na końskim leży grzbiecie” – ta znana maksyma sprawdza się w pełni, gdy wędruje się na koniu po terenie. A Pojezierze Kaszubskie zapewnia – dzięki swojej polodowcowej rzeźbie – wyjątkowo urozmaicone trasy, z licznymi wzniesieniami i dolinami. Jeziora i rzeki także stanowią atrakcje dla jeźdźców, dając chociażby możliwość pławienia koni latem.
Rekreację i turystykę konną warto uprawiać zarówno indywidualnie, jak i grupowo. Jeżdżąc indywidualnie, samemu można wybierać trasy, postoje oraz inne atrakcje. Z kolei w grupie jest weselej, ale trzeba się dostosowywać do wymagań większości, czyli wykazywać większe zdyscyplinowanie. Ponadto jazda w zastępie wymaga większych umiejętności, bo należy uważać na innych (aby nie zajeżdżać nikomu drogi, a także nie najeżdżać na konia znajdującego się przed nami). (więcej w „Pomeranii”)

18. Katarzyna Wojciechowska, Oczami kaszubskiego konia
Pamiętam pierwsze chwile i zapachy na łące w dniu swoich urodzin. Matka była obok, lizała mnie i odgradzała sobą od niebezpieczeństw.
Przez kilka następnych miesięcy biegałem po łące wśród innych koni. Ludzie mówili, klepiąc mnie po szyi, że jestem urodziwym, mocnym zwierzęciem i że będę dobry do zaprzęgu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy.
Po jakimś czasie, kiedy zacząłem być tzw. odsadkiem [wiek 6 miesięcy – przyp. K.W.], zabrano mnie od matki i umieszczono w osobnym boksie. Nadal często biegałem po łące, ale już tylko w towarzystwie innych źrebaków – i to były najszczęśliwsze chwile w moim końskim życiu. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. (więcej w „Pomeranii”)

19. Kazimierz Ostrowski, Orzeźwiająca bryza (felieton)
Turystyka ma różne oblicza. Stanowi podstawę bogactwa niejednego kraju i źródło dobrobytu mieszkańców, lecz z drugiej strony przynosi szereg niekorzystnych zjawisk i zmian. Coś za coś, nic za darmo. Potrzeba głębokiej rozwagi i mądrości w planowaniu i podejmowaniu decyzji, aby cena nie okazała się za wysoka, a profity iluzoryczne. Mam tu na myśli również takie zagospodarowanie przestrzeni wokół naszych jezior, które nie naruszy systemu przyrody i walorów krajobrazu – wielkiego bogactwa naturalnego Kaszub.
W maju br. spektakularnym wydarzeniem w Swornychgaciach było wykopanie dołka w tutejszym piasku przez Mateusza Kusznierewicza, który tym symbolicznym gestem rozpoczął budowę własnego ośrodka szkoleniowego, swoistej akademii dla ok. 150 adeptów żeglarstwa. Jakiś czas temu znakomity sportowiec zachwycił się pięknym widokiem, dogadał się z władzami gminy Chojnice i na nader korzystnych warunkach otrzymał w wieczyste użytkowanie tzw. Psią Górę, blisko 6 ha gruntu nad Jeziorem Karsińskim. Trochę czasu upłynęło mu na szukaniu wspólnika z pieniędzmi, lecz szczęśliwie trafił na podobnego sobie entuzjastę, biznesmena z Krakowa, który chce pójść jeszcze dalej i zamyśla wybudować duży hotel. Gospodarze gminy z zadowoleniem zacierają ręce. (więcej w „Pomeranii”)

20. (ibngr), Dla stabilności regionów
Jaka jest rola regionów we współczesnym państwie? Czy polskie obszary mają szansę na rywalizację ze swoimi odpowiednikami z państw lepiej rozwiniętych? Czy podjęta w 1999 roku reforma samorządowa była krokiem słusznym? Na pytania te próbowali odpowiedzieć uczestnicy panelu „Jak stworzyć regiony z krwi i kości?” w ramach III Kongresu Obywatelskiego, który 17 maja odbył się w Politechnice Warszawskiej: Tomasz Siemoniak – sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, Marek Woźniak – marszałek województwa wielkopolskiego i dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas z Sejmiku Województwa Mazowieckiego. Poprzednie dwa kongresy miały miejsce w Gdańsku. Ich pomysłodawcą jest Jan Szomburg, twórca gdańskiego Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. (więcej w „Pomeranii”)

21. Grzegorz Gola, Dotacje a rozwój (felieton)
Wreszcie są dostępne fundusze europejskie na rozwój naszego województwa na lata 2007–2013. Te „miękkie” – zasobów ludzkich i „twarde” – inwestycyjne. Praktycznie dopiero teraz, w połowie 2008 r. Na dodatek już wcześniej okazało się, że pieniędzy jest zdecydowanie mniej, niż można było tego oczekiwać. Zwłaszcza „twardych”. Dla wielu samorządów jest to, niestety, powód załamania realizacji swoich strategicznych zamierzeń. Jeszcze raz okazało się, jak niewielka jest sprawność działania wielu lokalnych władz w obliczu występujących problemów, typowe, po części obiektywne dla administracji, niedostosowywanie się do ciągle zmieniającego się otoczenia.
Wydaje się, że jest to pierwszy skutek wytworzenia wokół regionalnego zarządzania strategicznego niekorzystnej atmosfery związanej z koniecznością wspierania własnego rozwoju wyłącznie na tzw. pozyskiwanych środkach zewnętrznych. Zapomniano, że fundusze europejskie nie są dane raz na zawsze. (więcej w „Pomeranii”)

22. Artur Jabłoński, Świadomy wybór
Dyskusja o hymnie kaszubskim, to w gruncie rzeczy nic innego jak debata o tożsamości Kaszubów. Kim są Kaszubi? Jaka jest ich autoidentyfikacja? Na tak postawione pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Demokratyczne przemiany życia społeczno-politycznego w Polsce, a także fakt wstąpienia naszego kraju do Unii Europejskiej sprawiły, że na naszych oczach dokonują się głębokie zmiany dotyczące charakteru więzi społecznych, a dotyczy to także Kaszubów.
Nasze dylematy tożsamościowe są starsze niż próby zdefiniowania kaszubskiej (kaszubsko-pomorskiej) idei regionalnej. Wydaje się jednak, że jak nigdy dotąd, właśnie teraz zbiorowy interes regionalny Pomorza winien oprzeć się na naszej etniczności. Nie może to być w żadnym wypadku „więź oparta na bezrefleksyjnym poczuciu tubylczości, wspólnoty terytorium”, jak to określiła Ewa Nowicka w artykule „Stara i nowa kaszubskość. Kaszubskość jako etniczność i jako regionalizm”, opublikowanym w pracy „Kim są Kaszubi?” pod redakcją C. Obracht-Prondzyńskiego. Musi to być świadomie podejmowane działanie, którego celem jest ochrona i rozwój kaszubskiego dziedzictwa kulturowego z językiem jako wartością nadrzędną. (więcej w „Pomeranii”)

23. Dariusz Szymikowski, O manipulowaniu zmanipulowanych
Teresa Hoppe w artykule pt. „Nie manipulować kaszubskimi symbolami” („Pomerania”, nr 6/2008) oskarża grupę „kilku młodych stażem i wiekiem osób”, że „uzurpuje [ona – D.S.] sobie prawo do manipulacji kaszubskimi symbolami”. Brzmi to niemal tak, jakby owa grupa wydarła jakiejś innej prawo do manipulacji lub nie chciała jej tego prawa użyczyć. Jako że zaliczony zostałem do niej również ja (tu dziękuję za kategorię wiekową), w związku z tym zmuszony jestem odnieść się do kilku kwestii.
Przede wszystkim zdumiewa mnie wojowniczy język wypowiedzi autorki. Staje się on jednak bardziej zrozumiały, gdy przypomnimy sobie słowa – pełne zaciekłości i nienawiści do innych – z „Marsza” Derdowskiego, którego promuje T. Hoppe. (więcej w „Pomeranii”)

24. Tomasz Żuroch-Piechowski, Wyznania „prowodyra” (Głos w dyskusji o hymnie kaszubskim)
W ostatnim numerze „Pomeranii” Teresa Hoppe podjęła się obrony „Marsza Kaszubskiego” Hieronima Derdowskiego, przez wielu Kaszubów, może nawet przez większość uznawanego za hymn. Przy tej okazji zarzuciła mi, że na wzmiankowanym wyżej portalu napisałem obraźliwy tekst, ośmieszający hymn kaszubski, mieszając do tego ks. Zbigniewa Kulwikowskiego, który wcześniej brał udział w debacie radiowej i prasowej na ten temat. Przyznaję się do braku szacunku dla tzw. hymnu kaszubskiego autorstwa H. Derdowskiego, co wyraziłem wielokrotnie nie tylko w prozie, ale i w wierszu „Hymn kaszubski, czyli polski”, opublikowanym przed kilku laty w undergroundowym lubelskim czasopiśmie „Ulica Wszystkich Świętych”. Od razu wyjaśniam, że piszę „tzw. hymnu”, gdyż sam autor utworu tak go nie nazwał – jest to więc jedynie konwencja, w dodatku nie akceptowana przez wszystkich. Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, jakobym do czegokolwiek „mieszał” ks. Zygmunta Kulwikowskiego. W cytowanym wyżej zdaniu Teresy Hoppe dostrzegam zresztą sprzeczność logiczną. Jak mogłem „wmieszać” do dyskusji osobę, która sama brała udział w debacie radiowej i prasowej na ten temat? Aby nie być gołosłownym, zacytuję początek tekstu, który pleban z Żelistrzewa przesłał do redaktora portalu Nasze Kaszuby z prośbą o jego publikację: Od kilku miesięcy, ludzie nie będący Kaszubami, a osiedleni na kaszubskiej ziemi, a także sami Kaszubi o poglądach liberalnych oraz spod znaku cyrkla, fartuszka i słoneczka czynią starania o zmianę znanego i bardzo cenionego od dawien dawna hymnu kaszubskiego: „Tam gdze Wisła òd Krakòwa”. Dalej stawia on tezę i próbuje ją udowodnić, że głównym zamysłem osób czyniących starania o zmianę hymnu kaszubskiego jest usunięcie z niego odwołania do Boga. (więcej w „Pomeranii”)

27. Michał Kargul, Na słoweńskim Kočevsku
Chyba niewiele sytuacji potrafi tak zdziwić Słoweńców, jak stwierdzenie turysty, że chce się wybrać do Kočevja, położonego na południowym wschodzie ich kraju. Zapytani o ewentualne atrakcje turystyczne tego regionu, po dłuższej chwili namysłu wymieniają: lasy, niedźwiedzie oraz pozostałości baz wojskowych z czasów II wojny światowej i socjalistycznej Jugosławii. Lecz okraszają to zazwyczaj komentarzem, że w Słowenii są naprawdę ciekawsze miejsca do zwiedzania.
Kočevje to miasteczko liczące niecałe 10 tys. mieszkańców. Niemniej w dwumilionowej Słowenii pełni rolę stolicy dość znacznego obszaru położnego w historycznej Dolnej Krainie (Dolenjska). (więcej w „Pomeranii”)

30. Anna Flisikowska, Gdańska młodość Herberta
Nie ma chyba maturzysty, któremu nazwisko Zbigniewa Herberta nie kojarzyłoby się z wielką, mistrzowską poezją. Natomiast niewielu z nas – zafascynowanych „Panem Cogito”, „Raportem z oblężonego miasta” czy niezwykłymi esejami – ma świadomość, że ważny fragment osobowości tego poety ukształtowało kilka lat spędzonych we wczesnej młodości w Trojmieście. Wtedy, kiedy jeszcze nikomu nie przychodziło do głowy, by mówić o nim po gombrowiczowsku, że „wielkim poetą był”.
Ojciec Z. Herberta, ściągnięty do Sopotu przez Eugeniusza Kwiatkowskiego, budowniczego Gdyni, otrzymał mieszkanie przy ulicy Batorego, niebawem przemianowanej na Bieruta (dzisiejsza Haffnera), która to nazwa była zresztą powodem wstydu Zbigniewa. Drobniutki, szczuplutki chłopyszek, dzieciak. Nikt – jak wspominała go Halina Misiołkowa, do której przyjdzie nam jeszcze wrócić – „Zbigniew Herbert z Sopotu” przyjęty został na kandydata do Gdańskiego Oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich w październiku 1948 roku. Był to wówczas oddział niewielki, liczący zaledwie 15 członków rzeczywistych, a więc mających wydaną przynajmniej jedną książkę, i 22 kandydatów. Wśród tych drugich znajdował się młodziutki Herbert. (więcej w „Pomeranii”)

34. Iwona Joć, Artystyczne podziękowanie
Uroczyste podziękowanie w gdańskim kościele św. Jana środowisk twórczych arcybiskupowi Tadeuszowi Gocłowskiemu za wieloletnią pracę na gdańskiej niwie zapisze się pewnie jako jedno z bardziej interesujących tegorocznych wydarzeń kulturalnych Trójmiasta.
Osobliwy koncert-przedstawienie, jaki odbył się 26 maja, ukazał –świadomie albo nieświadomie – bogactwo artystyczne nadmotławskiego grodu. Swe talenty zaprezentowali muzycy, aktorzy, poeci, pisarze i dziennikarze... Od pierwszych minut, czyli od występu Polskiego Chóru Kameralnego z chwytającą za serce „Glorią” (częścią „Mszy Kreolskiej” Ariela Ramireza), wiadomo było, że uczestniczy się w spektaklu doniosłym, który długo będzie zaprzątał myśli. Może to wynik różnorodności gatunkowej przedstawianych utworów (od muzyki poważnej poprzez jazzową aż po rockową; od poezji przez felietony po... wierszowane bajki)? A może zasługa kreatywnego klimatu? Bo oto – na zawołanie Nadbałtyckiego Centrum Kultury i Duszpasterstwa Środowisk Twórczych – artyści solidarnie stworzyli dzieło kameralne i ważne zarazem. (więcej w „Pomeranii”)

35. Tadeusz Skutnik, Wyciągnięty
Podczas zawieszania powitalnego hasła papieskiego na Startowej 13 („Witaj Ojcze”, na każdej klatce schodowej ówczesny „billboard” z jedną literą tej wielkości; żeby widać ją było z ołtarza), wczesnym popołudniem 10 czerwca 1987 roku, odwiedziło nas dwóch smutnych panów.
– Pan pozwoli z nami.
– Po co?
– Wyjaśni się.
– Co mam zabrać?
– Nic.
Na komendzie wojewódzkiej MO (czy SB) wyjaśniło się, że zostaję zatrzymany. I przeprowadzony do „suki”, czyli do wywiezienia poza miasto. W pojeździe przywitał mnie szyderczy śmiech wcześniej zapuszkowanych. Że oto pojawił się kolejny naiwny, który zaufał zapewnieniom władz, jakoby w Gdańsku, w związku z wizytą Jana Pawła II, nie miało być żadnych „zatrzymań prewencyjnych”. Ale mnie i pewnie większości zapuszkowanych nawet przez myśl nie przeszło, że spędzi trójmiejską wizytę papieża w aresztach gdzieś poza. (więcej w „Pomeranii”)

35. Zbigniew M. Jankowski, Parafraza TRENU VIII Jana Kochanowskiego

36. (kn), Żuławskie skręcańce
Odkrycie licznych, wcześniej nieznanych, dokumentów i fotografii Żuław, poznanie ciekawych opowieści o codziennym życiu dawnych mieszkańców delty Wisły oraz odwiedzenie Muzeum Historii Rosyjskich Niemców to efekt kwietniowej wizyty przedstawicieli Klubu Nowodworskiego – Harrego Lau, Marka Opitza i Grzegorza Goli – w Niemczech, w Bielefeld i okolicy.
Spotkanie w muzeum prowadzonym przez Stowarzyszenie na rzecz Rosyjsko-Niemieckiej Kultury i Folkloru (Verein für russlanddeutsche Kultur und Volkskunde e.V. Detmold), będącym pod opieką dr Kathariny Neufeld, stało się okazją do poznania wielu interesujących aspektów historii Żuław. Pod koniec XVIII i w następnym wieku, wraz z postępem germanizacji (i militaryzacji) pod zaborem pruskim, część żuławskich mennonitów przesiedliło się na południe Rosji, skąd obecnie trwa ich reemigracja do Niemiec. Okazuje się, że – mimo niełatwych kolei losu – udało się tej grupie ludności przechować sporo tradycji i typowych dla niej pamiątek. (więcej w „Pomeranii”)

37. Grażyna Antoniewicz, Błękitny Lew pełen zapachów
Fetor z warsztatu szewca i garbarza, gryzący zapach dziegciu, woń ziół i egzotycznych przypraw z... rybną nutą. Zapachy równie ulotne, jak realia średniowiecznego życia pieczołowicie odtworzyło Muzeum Archeologiczne w Gdańsku. Liczący siedem kondygnacji Błękitny Baranek to jedyny gdański spichlerz z zachowaną XVII-wieczną drewnianą konstrukcją. 23 czerwca otwarto w nim Centrum Edukacji Archeologicznej „Błękitny lew” alias „Błękitny baranek”.
Na parterze powstała portowa tawerna, w której mogą się odbywać biesiady historyczne, uczty w dawnym stylu – z muzyką, tańcami i walkami na miecze lub lekcje muzealne. Z kolei na pierwszej kondygnacji zbudowano uliczkę Hanzeatycką (gdański zaułek handlowys z lat 1320-1450), odtworzone zostały domy i warsztaty z lat 1350-1420. To replika fragmentu średniowiecznego Gdańska, z jego warsztatami, zapachami, hałasem oraz postaciami w strojach z epoki. (więcej w „Pomeranii”)

38. Witosława Frankowska, Festiwal piosenki... kołysanej
Gdyby mierzyć kondycję muzyki kaszubskiej liczbą przeglądów, festiwali, imprez, można by określić sytuację jako kwitnącą. Zadowoleni są twórcy, których utwory się promuje, zadowoleni są włodarze miast, powiatów, dyrektorzy szkół, spoglądający na wzrost zainteresowania problematyką regionalną wśród swoich podopiecznych. Pisząca te słowa jak najbardziej podziela tę radość, choć może nie bezkrytycznie....
W niedzielę 8 czerwca odbył się finał VI Pomorskiego Festiwalu Piosenki Kaszubskiej. Miejscem przesłuchań konkursowych była, jak corocznie, Szkoła Podstawowa im. Lecha Bądkowskiego w Luzinie. Wystąpili soliści i zespoły z Brus, Chojnic, Lubania, Wyszecina, Kamienicy Szlacheckiej, Dzierżążna, Parchowa, Sychowa, Lini, Wyszecina, Banina, Przyjaźni, Gdyni, Gdańska, Luzina, Bolszewa, Wąglikowic, Swarzewa, wszyscy, którzy pomyślnie przeszli eliminacje na szczeblu gminnym i powiatowym.
W myśl regulaminu, założeniem festiwalu jest „popularyzacja pieśni kaszubskich wśród dzieci i młodzieży, wymiana doświadczeń artystycznych, integracja środowiska kaszubskiego”. Nie inaczej było i w tym roku. Licznie zebrane rodziny, mimo równolegle rozgrywających się wydarzeń sportowych o randze międzynarodowej, do końca dopingowały swoich przedstawicieli. Bywało też, że publiczność spontanicznie reagowała na szczególnie lubiane piosenki, włączając się do ich śpiewania. (więcej w „Pomeranii”)

40. Nieznane Kaszuby w Warszawie (fotoreportaż)

41. Stanisław Szulist, Na wysypisku
Powiadają, że nie ma ostatniego gwoździa do trumny. Też dawniej tak powtarzałam, gdy wisiała nade mną – niczym przysłowiowy miecz Damoklesa, lubię to odniesienie, odkąd ktoś mądry, nie pamiętam kto, powiedział mi o nim – jakaś ciężka sprawa pachnąca beznadziejnością, zwiastująca rychły koniec pięknie zaczętego wątku. Teraz myślę inaczej. Każdy dzień, każdy krok są kolejnymi gwoździami do trumny. Nazywam je tak, bo jakże inaczej, choć właściwie nie ma to znaczenia. Oczywiście, decydujące będzie ostatnie tchnienie, wydane na łożu śmierci po ostatnim namaszczeniu. Zakładając, że wróci wiara, którą odrodzi znośność egzystencji. Tak myślę. Tylko na co mi ta filozofia? (więcej w „Pomeranii”)

51. Jerzy Hoppe, Ò pòdzymkù 45. rokù przëszlë Ruscë
– Jezë Christë, równak tu jadą!!! – Józef gnaje i z dôleka wrzeszczi. – Dzecë, zarô dodóm, ale ju! Truda, zamëki knôpów w drëdżi jizbie i tam niech sedzą. Të z Elą, tëma malinczima i dzewùsama do gòscynny... Baszã wezta ze sobą! Michôł, a téż Róman, wa lepi òstanita przë chléwach... Matkò Nôswiãtszô, trzëmi nas w swòjé òpiece! – òstri krzik ómczi przeszedł na kùncu w tón ùscëgòwny, proszący...
Òd rena dorosłi krącëlë sã pò gbùrstwie niéspòkójno, a pò codniowëch pòreniészëch robòtach przë chòwie, tej téż szëkòwanim pôłniô, chtërné i tak kòżdi pòtemù jôdł môłczkã, szukelë so jaczégòs zajãca, żebë cos z rãkama robic. Nóm, dzecóm, bëło przëkôzóné, żebë trzëmac sã chëczë, kò tej më gònilë blós pò òbòrze i zarô za stodołą. Wùja Józef, nôstarszi brat mëmë, i nasz Róman, nôstarszi z knôpów, wnetka beniel, na zmianã chòdzëlë wachtowac na górã za drëdżim lasã, skądka widzec bëło dobrze szosã. (więcej w „Pomeranii”)

62. Maria Roszak, Praczki
Moja lulka Gitka raz se klapnéła na zesel zéz arbató zéz fiutam i gada mnie:
– Weź raz coś napsisz o dzieckach do téj „Pomeranii”, o tym, jak żeś była taki malulki gzub... Jak żeś sia bujała na bujawce abo puźki zbziérała abo pyrace trzymała i hodowała wéw kaście. Tobia to sia nigdy nié przykrzyło!
A ja na to:
– Jo, jo, lulka, toć to nié je temat na bajka do „Pomeranii”. To musi być coś móndrégo, a jak ja byłam gzub to żam była gupsia jak cipka.
– Co ty mnie tu brechtasz... – i lulka zaczéła coś deliberować, nié wjém o czym! Ale zara dalji gada:
– Jak my bylim małe, a moja nanulka już była umerta, to mnielim taki rozkraczały stół i on sia bymbał jak portykel. I my żeśmy sia bujali na nim, ale durcham ktoś spadywał na ziamnia. Bo my sia bawjilim wéw praczki, wjisielim zéz tego stołu, makerowalim, że pierzem wéw rencach i śpsiéwalim. (więcej w „Pomeranii”)

63. Andrzej Grzyb, Jak żabą leczę ból głowy
Bywa, że uwiera mnie coś, co nie dotyczy kieszeni, która przeważnie jest pusta, lecz głowy, która coraz częściej pobolewa. Fakt powyższy nawet mnie w bolesnym sensie pociesza, może bowiem znaczyć, że głowa nie jest pusta. Kiedy wszakże coś mnie uwiera, odkładam wszystko na bok i idę robić zdjęcia żabom.
Mam niewielki staw, który wygrzebałem tuż przy domu na wszelki wypadek, nie przypuszczając nawet, że będzie tak użyteczny i dla mnie, i dla żab. Siadam przy tej kałuży własnoręcznej roboty i przygotowuję sprzęt. Wymieniam obiektyw na, powiedzmy, wystarczający: z maksymalną ogniskową trzystu milimetrów; ustawiam parametry i czekam. (więcej w „Pomeranii”)

64. Zygfryd Stefan Mielewczyk, Fotograficzne promieniowanie tła (7)
Cofnijmy się do początku dwudziestolecia międzywojennego. Dopiero co skończyła się wielka wojna światowa, ale nie w wyobraźni widocznych na poniższej fotografii chłopców z bambusowymi laskami, którzy pewnie poczuli pierwsze uderzenia testosteronu. Na odwrocie fotki czytamy: ,,Nasz Franeczek i Jan Mielewczyk, chłopcy w drodze na wojnę światową – na pamiątkę”. Znam to gotyckie pismo starszej od Franka o osiem lat siostry Marty. Franeczek z lewej, Jan z prawej – niezłomni przyjaciele szkolni. To pierwsza fotografia młodego Franciszka, który w przyszłości zostanie moim ojcem, dlatego oceniam ją uważnie, z pewnym sentymentem, szukając w wizerunku tego podrostka spójnego obrazu własnej osoby. Uświadamiam sobie, że w tej chwili w moim mózgu uaktywnia się przednia część tak zwanej wyspy – jak zawsze, gdy człowiek przywołuje własne wspomnienia i ogląda zdjęcie swojej twarzy. To miejsce tkwi w okolicy ucha. Wydaje się magiczne, toteż świadomie masuję je dla lepszej percepcji. (więcej w „Pomeranii”)

68. Andrzej Bądkowski (oprac. Marek Adamkowicz), Szablą i piórem. Lech Bądkowski jakiego znałem (20)
Lech Bądkowski był bratem mojego ojca, Tadeusza. Nic więc dziwnego, że jego osobowość – w różnym charakterze i z rozmaitym natężeniem – towarzyszyła mi przez całe życie. Dość powiedzieć, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił w 1946 roku, po powrocie do kraju z wojennej tułaczki, była podróż do Torunia. Chciał oczywiście spotkać się z całą rodziną, ale przede wszystkim spieszno mu było zobaczyć mnie, najmłodszego z rodu. Chyba już wtedy leżało mu na sercu zachowanie ciągłości nazwiska…
Sprawa ta nie jest bez znaczenia, gdy spojrzy się na historię, której karty Bądkowscy zapełniali wcale nierzadko, zwykle za sprawą wojaczki. Osadzeni przed wiekami przez książąt mazowieckich nad Drwęcą dla ochrony pruskiego pogranicza, służyli później i pod Sobieskim, i pod Kościuszką, bili się w powstaniu listopadowym. Czterech moich krewnych poszło w roku 1831 na Rosjan w szeregach słynnego 4. pułku piechoty liniowej (z czego poległo dwóch), a i nie przepuściliśmy okazji, by dać łupnia Prusakom podczas komuny paryskiej. Co ciekawe, tradycje wojskowe kultywowane były także po kądzieli, w rodzinie Faustmannów, których polska linia wywodzi się od oficera artylerii Augusta II Mocnego. (więcej w „Pomeranii”)

70. Mirosław Grzyb, O słynnym Kurpiu-stoczniowcu
2 sierpnia 2006 roku miałem niecodzienny telefon. Z Gdańska zadzwonił Henryk Lenarciak, człowiek-legenda, bohater „Solidarności” oraz wydarzeń na Wybrzeżu w 1970 i 1980 roku, przewodniczący Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Poległych Stoczniowców w Gdańsku. „Chciałbym się zapisać do Związku Kurpiów” – powiedział. „Dla nas to ogromny zaszczyt, że tak wielki człowiek chce przystąpić do naszego stowarzyszenia” – odpowiedziałem zaskoczony. „Jaki tam wielki?” – odpowiedział tonem, z którego wywnioskowałem, że nie przywykł do podobnego tytułowania. Później padły pytania o rodzinne Baranowo, o Kurpie…
Któż mógł wtedy przypuszczać, że to jego pierwszy i ostatni telefon do mnie? Następnego dnia wieczorem otrzymałem od doktora Kazimierza Gąski tragiczną wiadomość: Henryk Lenarciak nie żyje. Zginął w Gdańsku, potrącony blisko swojego domu przez tramwaj. (więcej w „Pomeranii”)

74. Andrzej Mika, Jednodniówka „z przyszłości”
Jako wieloletni mieszkaniec Torunia, ale Kaszuba (po kądzieli), zwróciłem uwagę na wystawioną w jednej z tanich księgarń pozycję pt. „Józef Piłsudski i Kaszubi”. Jest to jednodniówka wydana z okazji 90. rocznicy odzyskania niepodległości 1918-2008. Pierwsza strona okładki zawiera, poza tytułem, zdjęcie marszałka, herb województwa pomorskiego i cytat: „NIGDE DO ZGUBE NIE PRZIŃDĄ KASZUBE”. Po zdziwieniu się tak wczesną sprzedażą broszury wydrukowanej na dzień 11 listopada 2008 r., zakupiłem ją (za 4,50 zł) i przystąpiłem do lektury.
Poruszony zamieszczoną na stronie 2. zachętą samego wojewody pomorskiego Romana Zaborowskiego i mając w pamięci niedawno czytany artykuł o pomyśle Józefa Piłsudskiego, by wysiedlać Kaszubów na Kresy Wschodnie Rzeczypospolitej, miałem nadzieję poszerzyć i zweryfikować swoją wiedzę o stosunku wielkiego Polaka do moich pobratymców. Wszakże okazało się, że strony 3-7 wypełnia kalendarium życia Józefa Piłsudskiego, zredagowane przez Jana Rećko (wiceprezesa oddziału lubelskiego Związku Piłsudczyków), wzbogacone serią reprodukcji pocztówek pochodzących – jak przeczytałem (str. 2.) – z jego prywatnego zbioru. (więcej w „Pomeranii”)

76. Tomasz Marcin Cisewski, W mateczniku Ossowskich
Gniazdem pomorskich Ossowskich jest wieś Osowo w gminie Karsin, powiat kościerski. W czasach Rzeczypospolitej szlacheckiej wchodziła ona do powiatu tucholskiego.
Pod koniec XVII wieku, około roku 1794, urodził się Krzysztof Ossowski (pradziadek mojej prababci). Biorąc pod uwagę fakt, iż mieszkał w Osowie, zachodzi duże prawdopodobieństwo, że w tej miejscowości także przyszedł na świat. Jednak nie udało mi się odnaleźć jego metryki chrztu.
Krzysztof Ossowski zawarł związek małżeński z Anną Czapiewską (…). Dokładna data narodzin Anny nie jest pewna. Wiadomo jedynie, że zmarła w 1882 roku, przeżywszy 90 lat, wobec czego można przypuszczać, że urodziła się około roku 1792. (więcej w „Pomeranii”)

88. Edmund Zieliński, U Gulgowskiej się uczyła
Władysława Wiśniewska, bo o niej to wspomnienie, urodziła się w 1920 r. we Wdzydzach Tucholskich. Znałem ją od początku mojej drogi twórczej, czyli od roku 1961. Spotykaliśmy się na zjazdach twórców ludowych w Gdańsku. Wybijała się inteligencją, łatwością prowadzenia dyskusji, osobowością. W środowisku artystów regionalnych była niezwykle szanowana i lubiana. W 1988 r. pojechaliśmy wspólnie na Krajowy Zjazd Stowarzyszenia Twórców Ludowych do Nowego Sącza, gdzie ja i Henryk Hewelt towarzyszyliśmy jej przy śniadaniu. Kiedy już spożyliśmy skromny posiłek, Władka powiedziała: „Tam, do licha, co bandzim sobie panować. Wypijma bruderszaft. Sznapsu ni móma, to choć kawó sie stuknijma”. I od tamtej pory byłem z nią po imieniu.
W 1983 r., gdy otrzymała zaproszenie do udziału w Tygodniu Kultury Polskiej w Rovanieni (Finlandia), pojechała tam razem z etnografką Krystyną Szałaśną i z kościerskim rzeźbiarzem Adamem Zwolakiewiczem. (więcej w „Pomeranii”)

80. Lektury

82. Kleka

91. Z życia ZKP

94. Kow., Informator Regionalny

96. Rómk Drzeżdżónk, Wskôzë wchôdaniô pò drôbce (felieton)
Dzysô reno chcôł jem weńc pò drôbce na pszãter, dze móm wszelejaczé rëmòtë przed lëdzczim òkã schòwóné. Ju mòja szpéra na pierszą szczeblã bëła wlazłô, czej ùczuł jem ze wslôde wrzeszczenié:
– Tak nié! Tak nié!
Rãce miast trzëmac sã drôbczi, z ùrzasu jã pùszczëłë… ë trzasnąn jem chrzebtã ò zemiã.
– Në jo, në jo. Tak to sã mùszało skùńczëc – leżącë ùzdrzôł jem nad sobą wëgòloną gãbã jaczégòs człowieka.
– Co sã tak mùszało skùńczëc? – stãkającë, pòmalinkù wstôwôł jem czëszcząc ruchna z pichù.
– Wchôdanié pò drôbce bez czëtaniô wskôzów – rzekł nen, robiącë mądrowatą mùniã.
Przëzdrzôł jô sã jemù richtisz. Òblokłi béł w ancuch, biôłą, swiéżo wëplatowóną kòszlã, wëszlipsowóny, na szpérë miôł swiécącé lakerczi òbùté, a w lewim rãkù trzimôł skórzany kùferk.
– Jô jem szpektorã òd sprawów wszelejaczich – pòdôł mie wizytówkã.
– A ò co jidze?
Nen miast òdrzeknąc, zaczął wëcygac z kùferka papióra.
– Proszã to przeczëtac – pòdôł mie gãsto zapisóny, dwanôscestronowi zsziwk. (więcej w „Pomeranii”)

Dołączone pliki: pomerania_0807.jpg 
Strona do wydruku Poleć tę stronę (e-mail)
Wyróżnienia
Medal Stolema 2005   Open Directory Cool Site   Skra Ormuzdowa 2002