artykuly-Mniejszościowe rozdwojenie
Losowe zdjęcie
VII Zjazd Kaszubów  41
Pomerania
Wygląd strony

(2 skórki)
Kaszëbskô Jednota | www.kaszebsko.com
Stowarzyszenie Osób Narodowości Kaszubskiej

Mniejszościowe rozdwojenie
Author: Stanisław Geppert (sgeppert at nigdzie dot eu)
Published: 09.12.2004
Rating 6.60
Votes: 5
Read: 8264 times
Article Size: 20.92 KB

Printer Friendly Page Tell a Friend

Przebieg uchwalania przez Sejm ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym odbił się szerokim echem w środowisku kaszubskim. Wobec posłów będących członkami władz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego formułowano zarzuty o odwrócenie się od „sprawy kaszubskiej”, odstąpienie od popierania postulatów zgłaszanych przez Zrzeszenie w kwestii statusu prawnego społeczności kaszubskiej. Dwie poprawki, najbardziej zmieniające kształt ustawy, zgłoszone zostały przez Platformę Obywatelską – partię znaną z bliskich stosunków ze Zrzeszeniem. Znacznie ograniczające możliwość używania języków mniejszości, wywołały gorącą dyskusję nad obecnością kaszubszczyzny w życiu publicznym oraz o sposobie reprezentowania Kaszubów w publicznych instytucjach. Zepsucie ustawy nie ulega wątpliwości. Zarówno pierwotny projekt jak i to, co pozostało z niego w ustawie budzi poważne zastrzeżenia dotyczące stosunku państwa polskiego do części swoich obywateli (nie identyfikujących się z narodem polskim) oraz do pozycji Kaszubów w polskim systemie prawnym, a co za tym idzie – w społecznej świadomości.

Sejmowy bałagan

Zepsucie ustawy polega na usunięciu z niej zapisów dopuszczających użycie języka mniejszości jako języka pomocniczego w urzędach gmin oraz wprowadzenie kryteriów, które nawet pozostawioną w ustawie możliwość stosowania dodatkowych nazw ulic i miejscowości czynią praktycznie niewykonalną. Owo zepsucie „merytoryczne” zaowocowało też zepsuciem formalnym – Sejm nie „posprzątał” po usuniętych artykułach: nie ma języka pomocniczego w urzędach gmin, ale został przepis o dodatkach do wynagrodzeń za znajomość tego języka; znikł zapis powołujący Urzędowy Rejestr Gmin, ale rejestr ten jest przywołany w artykule mówiącym o dodatkowych nazwach, ponadto próg umożliwiający wpisanie gminy do rejestru jest wielokrotnie niższy (8 proc. mniejszości) niż umożliwiający stosowanie podwójnych nazw (50 proc.).

Można liczyć, że Senat przywróci zapisy wycofane przez Sejm i ustawa wejdzie w życie w formie zbliżonej do wypracowanej przez sejmowe komisje. Szczegółowe regulacje zawarte w komisyjnym projekcie wydają się rozsądne i nawet jeśli wymagają dopracowania, to w każdym razie stanowią punkt wyjścia do dalszej dyskusji. Jednak spojrzenie na przepisy dotyczące tożsamości etnicznej z perspektywy „filozofii państwa”, pytania o to, jak państwo traktuje swoich obywateli, jaka jest rola indywidualnej tożsamości w budowaniu wspólnoty społecznej, narodowej, państwowej, pozwala w tworzonej ustawie dostrzec fundamentalne sprzeczności.

Ludzka tożsamość jest sprawą delikatną i państwo nie może w jej zakresie niczego narzucać obywatelom. Prawo powinno uwzględniać swobodę wyboru tożsamości. W ostatnich latach dorobiliśmy się prawnych regulacji i społecznego konsensusu w zakresie tożsamości religijnej. Podobne zasady powinny być stosowane w odniesieniu do tożsamości etnicznej. Tymczasem ustawa o mniejszościach narodowych i etnicznych jest tak skonstruowana, że swobodę wyboru tożsamości równocześnie szanuje i... gwałci. Sprzeczność ta widoczna jest w zastosowanej definicji mniejszości. Swoboda posiadania własnej tożsamości uszanowana jest poprzez podanie ogólnego zestawu kryteriów, które powinna spełniać społeczność, by została uznana za mniejszość. Zostaje określona jednoznaczna reguła, bez narzucania, kto tę regułę spełnia. Gdyby rozwinięto ten zapis o podanie organu weryfikującego spełnienie tej reguły – zapewne jakiegoś organu sądowego – to mielibyśmy dobre prawo, nadające się do niezmiennego stosowania niezależnie od bieżącej sytuacji społecznej. A stabilność prawa jest cechą dobrego państwa, bardzo pożądaną w III Rzeczypospolitej.

Otwarta definicja zostaje jednak zaraz przekreślona punktem podającym zamkniętą listę mniejszości uznanych przez państwo. Mamy więc sytuację, w której podaje się warunki definiujące mniejszość, po czym rozstrzyga, że warunki te spełniają wyszczególnione mniejszości i żadne inne. Obywatelowi mówi się więc: „możesz uważać się za kogo chcesz, jednak państwo ci powie, kim jesteś naprawdę”. W tej sytuacji można odnieść wrażenie, że otwarta definicja jest świeczką postawioną wymogom europejskim czy międzynarodowym, a wyliczenie mniejszości – ogarkiem zapalonym na ołtarzyku polskich narodowych kompleksów.

Z obawy przed dzikimi mniejszościami?

U źródeł tak sprzecznego stosunku do tożsamości etnicznej stała zapewne obawa, by nie zaczęły rejestrować się „dzikie” mniejszości, tworzone sztucznie dla uzyskania korzyści politycznych czy ekonomicznych. Jednak odmówienie ludziom prawa do swobody wyrażenia tożsamości jest bardzo prymitywnym zabezpieczeniem. Analogiczną do sfery etnicznej jest sfera wyznaniowa – a tam dorobiliśmy się w miarę dobrych rozwiązań prawnych i nastawienia społecznego. Zastosowanie rozwiązań analogicznych do tych zapobiegających rejestrowaniu fikcyjnych związków wyznaniowych byłoby dużo lepszym rozwiązaniem niż dekretowanie, kim obywatele mają prawo się czuć. Jestem przekonany, że ludzkiej świadomości nie da się zadekretować. Sprawy dotyczące tożsamości najlepiej weryfikuje czas i przemyślana polityka społeczna, nie zaś życzeniowe przepisy.

Ustawa proklamuje zasadę jednakowego traktowania obywateli bez wzglądu na pochodzenie etniczne. Niezrozumiałe w tym kontekście jest odrębne definiowanie mniejszości narodowych i etnicznych: związek jakiejś społeczności z mieszkańcami innego państwa może czynić ją przedmiotem zainteresowania ministerstwa spraw zagranicznych, nie tylko spraw wewnętrznych, ale nie powinien wpływać na status prawny tej społeczności. Zresztą zdefiniowane odrębnie mniejszości narodowe i etniczne dalej są traktowane przez ustawę jednakowo: po cóż więc było tworzyć dwa pojęcia tam, gdzie wystarczy jedno?

Interesuję się sprawami Kaszub nie od dziś i z tej perspektywy dostrzegam, że również Kaszubów ustawa traktuje w sprzeczny sposób. W ustawie są oni i równocześnie ich nie ma. Są – bo ustawa wymienia język kaszubski, bo prawa dotyczące używania języków mniejszości tak samo przysługują językowi kaszubskiemu, bo użytkownicy tego języka mają dwa miejsca w Komisji Wspólnej. Równocześnie jednak Kaszubi nie są w ustawie wymienieni, nie są jej podmiotem! Ustawa mówi jedynie o „społeczności posługującej się językiem regionalnym, którym jest język kaszubski”, nie wspominając jednak, kto tego języka używa. Kaszubów nie obejmuje zobowiązanie ministra do upowszechniania wiedzy i inicjowania badań nad społecznością, w tym badań dotyczących dyskryminacji. Państwo polskie zobowiązuje się do ochrony języka kaszubskiego a nie Kaszubów z całą ich tożsamością i dziedzictwem kulturowym. Groteskowym skutkiem przyjętej formuły jest uznanie narodu polskiego za dwujęzyczny. Dla Kaszubów konsekwencje ustawy są jednak poważne.

Sukces czy porażka?
Nie można nie zgodzić się z tymi, którzy podkreślają, że Kaszubi, po raz pierwszy od czasów Ceynowy, zostali zauważeni przez polskie prawodawstwo. Z perspektywy „lepsze coś niż nic” ustawę można uznać za ich sukces. Należy jednak mieć świadomość, że sprowadzenie Kaszubów tylko do roli użytkowników języka regionalnego w istocie sankcjonuje wymazywanie ich z mapy kulturowej różnorodności Polski. Osoba mająca poczucie kaszubskiej przynależności, ale nie używająca języka kaszubskiego, w rozumieniu ustawy Kaszubą nie jest (że problem nie jest wydumany, świadczy wypowiedź potencjalnego kandydata na stanowisko prezesa kaszubskiej organizacji, człowieka wykształconego, który rezygnację z ubiegania się o tę funkcję uzasadniał m.in. niedostateczną znajomością języka kaszubskiego – w jego wypowiedzi fakt niekwestionowanego, wielusetletniego kaszubskiego pochodzenia miał znaczenie drugorzędne). Nie powinno zaś nikogo dziwić, że zmniejsza się liczba osób używających języka kaszubskiego jako podstawowego środka komunikacji. Dostępne liczby potwierdzają tę konsekwencję procesów globalizacyjnych. Badania socjologiczne przeprowadzone na przełomie lat 80. i 90. określiły łączną liczbę Kaszubów i pół-Kaszubów na 500 tysięcy. Tą liczbą do dziś określa się liczebność kaszubskiej społeczności. Spośród tej liczby języka kaszubskiego używało codziennie lub często 270 tys. osób. Po kilkunastu latach, w czasie których kaszubszczyzna miała warunki rozwoju tak dobre jak nigdy dotąd, spis powszechny (2002 r.) wykazał istnienie tylko 50 tys. użytkowników języka kaszubskiego. Mimo zatem „renesansu” kaszubszczyzny, mimo będącego przedmiotem chluby Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, wprowadzania języka kaszubskiego do szkół, liczba mówiących po kaszubsku zmalała pięciokrotnie, a przyjęta „urzędowo” – czyli na podstawie spisu powszechnego – liczba Kaszubów okazała się dziesięciokrotnie mniejsza od tej wynikającej z wcześniejszych badań socjologicznych i deklarowanej przez działaczy. Trudno nie brać poważnie słów pomorskiego kuratora oświaty, który przed sejmową Komisją ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych przepowiadał zniknięcie języka kaszubskiego za dwa – trzy pokolenia. Nawet kaszubski senator Edmund Wittbrodt zwrócił uwagę (audycja radiowa Klub Radia Gdańsk, 4.11.2004 r.), że uczniowie nie garną się do nauki kaszubskiego, że w Kaszubskim Liceum w Brusach języka tego uczy się... 18 osób.

Projektowane zapisy dotyczące Kaszubów były promowane przez działaczy Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, dążących do uniknięcia stosowania wobec Kaszubów określenia „mniejszość” (argumentując, że przecież u siebie Kaszubi nie są żadną mniejszością). Uzyskane przez nich rozwiązanie z pozoru wydaje się korzystne: Kaszubi nie zostają nazwani mniejszością, ale uzyskują prawa równoważne mniejszościom. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z usankcjonowaniem asymilacji Kaszubów. Kryterium językowe w praktyce oznacza, że kaszubskość zostaje ograniczona do zmniejszającej się liczby ludzi stojących poza głównym nurtem przemian cywilizacyjnych. Nie stworzono formuły pozwalającej prezentować swą etniczność tym, którzy chcą pozostać Kaszubami mimo, że ich językiem jest język polski. Formuła „podwójnej tożsamości” (narodowej polskiej, etnicznej kaszubskiej) nie odpowiada na pytanie, czym w istocie Kaszubi różnią się od (innych) Polaków.

W reakcji na uchwalenie ustawy w obecnym kształcie, Zrzeszenie przyrównało ograniczenie możliwości używania języka kaszubskiego w życiu publicznym do głośnego w latach 90. zakazu sprzedaży tabaki, nawołując przy tym do obywatelskiego nieposłuszeństwa (wyrażając przekonanie, że Kaszubi okażą swoje przywiązanie do rodzimych wartości i będą, pomimo ustawowego zakazu, używali języka kaszubskiego w urzędach i rozpowszechniali dwujęzyczne tablice informacyjne). Z punktu widzenia pragmatyki porównanie jest trafne, słuszne też są komentarze, że wprowadzony zakaz może konsolidować Kaszubów dzięki stworzeniu jasno określonego celu ich dążeń – umożliwienia używania języka w urzędach i na tablicach. Jednak pozostaje wątpliwość, czy zestawianie prawa Kaszubów do używania własnego języka z prawem do zażywania tabaki nie grozi sprowadzeniem największego kaszubskiego dobra kultury do rangi popularnej używki.

Kto co poprawił

Platforma Obywatelska (poseł Kazimierz Plocke) zgłosiła dwie poprawki do projektu ustawy i obie znalazły się wśród sześciu przyjętych. Jednak to właśnie one zasadniczo zmieniły kształt ustawy, likwidując język regionalny w urzędach gmin oraz podnosząc próg mniejszości zezwalający na stosowanie podwójnego nazewnictwa do 50 proc. Działania PO zasługują na uwagę ze względu na silne powiązania między tą partią a Zrzeszeniem Kaszubsko-Pomorskim. Wiceprezes ZKP Artur Jabłoński nazwał zmianę postawy PO niezrozumiałą, podkreślając, że poseł Plocke wcześniej był emisariuszem sprawy kaszubskiej w Sejmie (Klub Radia Gdańsk, 4.11.2004). Przewodniczący PO Donald Tusk już po sejmowym drugim czytaniu deklarował w wywiadzie prasowym jedność Zrzeszenia i Platformy: „Platforma Obywatelska to są Kaszubi. Jestem członkiem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego od 25 lat. Jednym z liderów Platformy na Pomorzu jest prezes ZKP (...) Ja osobiście postaram się być gwarantem tego, żeby – tak jak dotychczas – ZKP i PO to były te same filozofie, te same środowiska, ci sami ludzie, którzy działają na różnych niwach, ale dokładnie o to samo im chodzi” (Kurier Nadmorski, 16.10.2004). Działania – w tym wypadku stanowisko zajęte w procesie ustawodawczym – lepiej niż deklaracje pokazują intencje polityków.

Duch populizmu

Przy dobrej woli i pobieżnej lekturze można było odnieść wrażenie, że poprawki Platformy miały iść z duchem głoszonego przez tę partię uproszczenia państwa. Niestety głębsza analiza pokazała, że ten duch jest populistyczny i podszyty nacjonalizmem. Jaskrawym przykładem była poprawka ograniczająca państwowe wsparcie tożsamości kulturowej mniejszości do kwoty nie większej, „aniżeli podatki zebrane od członków mniejszości, pomniejszone o udziały w kosztach utrzymania służb publicznych, samorządów oraz zadań państwa na rzecz tej mniejszości” (wniosek 8b do art. 16). Nośna publicznie idea, by nie trwonić wspólnie wypracowanych publicznych pieniędzy na mniejszościowe fanaberie wdrażana jest w formie powodującej skutki akurat odwrotne od deklarowanych. Jak mianowicie PO chciała policzyć podatki odprowadzane przez konkretną mniejszość – wprowadzić rubrykę „narodowość” na każdej fakturze, paragonie fiskalnym, formularzu PIT, koncie bankowym i mnóstwie innych dokumentów? Obliczenie „narodowości” podatków wymagałoby zatrudnienia rzeszy urzędników i potężnych wydatków, choćby na zmianę oprogramowania kas fiskalnych. Byłyby to wydatki dużo dotkliwsze niż, podnoszone przez przeciwników wprowadzenia języka pomocniczego, koszty wymiany tablic na urzędach.

Poprawka ograniczająca dodatek do wynagrodzeń urzędników z tytułu znajomości języka pomocniczego (wn. 3 do art.11) tylko do osób nie pochodzących z mniejszości, które języka wyuczyły się dodatkowo, z pozoru nie budzi wątpliwości. Tymczasem ustawa mówi, że nikt nie może być obowiązany do udowodnienia własnej przynależności do mniejszości (art. 4), zatem nie może też być mowy o udowadnianiu braku przynależności. Nie wiem też, w jaki sposób ma się określać, iż ktoś wyuczył się języka dodatkowo. Wokół tego przepisu mogłyby się rozwijać korupcja i etniczne resentymenty.

Przyjętą przez Sejm poprawkę likwidującą język pomocniczy w urzędach gmin w pierwszej chwili również odebrałem jako prostą chęć do upraszczania struktury urzędów. Jednak w wywiadach prasowych Donald Tusk bez ogródek zaprezentował inną intencję tej poprawki, mówiąc: „Platforma Obywatelska stoi na stanowisku, aby (...) nie narzucać urzędom konieczności używania języków mniejszości etnicznych. Przecież każdy bez problemu posługuje się językiem polskim” (Dziennik Bałtycki – Echo Ziemi Puckiej, 15.10.2004) oraz: „Nie chciałbym, aby w Polsce obowiązywała ustawa, która zmusza urzędników na Opolszczyźnie do posługiwania się językiem niemieckim i też nie chciałbym, aby była to ustawa, która zmusza urzędników do dwujęzyczności” (Kurier Nadmorski, 16.10.2004). Krótko mówiąc PO broni polskich urzędników przed polskimi obywatelami, od setek lat mieszkającymi na swojej ziemi, tyle że mówiących również językiem innym niż ogólnopaństwowy. Można odnieść wrażenie, że zdaniem Platformy Obywatelskiej odrębność etniczną wolno kultywować prywatnie i na własny koszt, zaś dla państwa polskiego wielokulturowość stanowi obciążenie, które należy w miarę możliwości eliminować.

Tymczasem owa „dwujęzyczność” miała ograniczać się wyłącznie do urzędów gminy, czyli miejsc, gdzie urzędnicy z interesantami znają się niemal po sąsiedzku, a stosowanie języka niepolskiego dotyczyłoby jedynie zwrócenia się przez obywatela do urzędu i – na wyraźne żądanie – uzyskania przez niego odpowiedzi. Ponadto posłowie zdają się zapominać, że znajomość języków nikomu nie zaszkodziła. Na Kaszubach nie byłoby w tym zakresie w ogóle problemu – nawet jeżeli interesant będzie mówił po kaszubsku a urzędnik po polsku, to i tak się dogadają. Zaś niemiecki jest poważnym językiem zachodnim, którego znajomość jest jak najbardziej pożądana. Nie rozumiem sytuacji, w której w Warszawie znajomość niemieckiego jest atutem, zwiększającym szansę na uzyskanie dobrej pracy, a w Opolu dopustem, przed którym należy bronić naszych polskich urzędników. Pamiętajmy, że urzędy są powołane do służenia obywatelom, przecież obywatele opłacają urzędników ze swoich podatków.

Komu państwowe wsparcie

Niezrozumiały dla mnie był wniosek o ograniczenie państwowego wsparcia tylko do organizacji „oficjalnie reprezentujących” daną mniejszość (wn. 8a, 9 do art. 16, 18). Ponieważ PO nie podała, w jaki sposób owa oficjalna reprezentacja ma być wyłaniana, poprawka ta wprowadzałaby jedynie zamieszanie, być może nawet czyniąc cały przepis martwym. Świadczy to albo o niechlujstwie wnioskodawców, albo było ukrytą próbą zapewnienia, by np. pismo „Òdroda” nie mogło ubiegać się o państwowe wsparcie inaczej niż za pośrednictwem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego (akurat „Òdroda” powinna stanąć na czele kolejki po wsparcie języka regionalnego, gdyż obecnie jest jedynym w pełni kaszubskojęzycznym czasopismem).

Sposób, w jaki powstała ustawa o mniejszościach narodowych i etnicznych pokazuje, że jej twórcy obracają się w sferze doraźności, ulegając pokusie podporządkowania tworzonego prawa chwilowym nastrojom społecznym i partyjnym interesom. Ustawa reguluje wiele szczegółowych kwestii, jednak brakuje podstawowego określenia roli tożsamości etnicznej w organizacji społeczeństwa i państwa. Nie odbyła się żadna poważna debata na ten temat, a społeczne poglądy, w zależności od bieżącej sytuacji, chwieją się między otwartością a narodowymi frustracjami. A powinniśmy sobie uświadomić, że nasze dylematy wokół „starych” mniejszości są jedynie wprawką do problematyki, jaką wywoła zwiększająca się imigracja do Polski. Dlatego uchwaleniu ustawy o mniejszościach powinna towarzyszyć dyskusja o jej fundamentach – relacji między „państwowością” a „etnicznością”. Do kogo należy polskie państwo – do polskich obywateli czy narodu? Czy Rzeczpospolita jest wspólnym tworem wszystkich swoich mieszkańców, czy też wyłącznym dorobkiem Polaków, tolerujących jedynie u siebie inne nacje? Czy w dzisiejszej Polsce tożsamość etniczna jest, podobnie jak wyznanie religijne, prywatną sprawą każdego człowieka, czy też jest to element ładu państwowego, podlegający urzędowemu dekretowaniu? To przykładowe pytania, które powinny zostać postawione w debacie nad stosunkiem państwa do mniejszości etnicznych.

Gdzie jest miejsce Kaszubów

Kaszubi powinni wreszcie przeprowadzić rzetelną debatę nad swoją tożsamością i miejscem, jakie chcą zajmować w polskim społeczeństwie. Rozwiązania proklamowane przez wąskie grupy działaczy, nawet posiadających tytuł naukowy, nie zmienią tego, co ludzie noszą we własnych sercach. W świetle ostatniego spisu powszechnego jasne się staje, że wśród Kaszubów nie ma jednomyślności w kwestii formuły kaszubskiej tożsamości: 5 tysięcy, czyli 1 proc., Kaszubów uważa się za odrębny naród, zaś organizacja zrzeszająca kolejne 1 proc. głosi formułę podwójnej tożsamości. Z wielu stron dostaję sygnały, że pozostałym 98 proc. spory te są zupełnie obce, ich poczucie tożsamości ogranicza się jedynie do jakiejś formy „tutejszości”. W tej sytuacji uzyskanie 50 tysięcy deklaracji używania języka kaszubskiego można uznać za pewien sukces. Jednak należy zadać pytanie jaki wynik można by było osiągnąć, gdyby zwolennicy obu formuł kaszubskiej tożsamości działali wspólnie. Wszyscy, którym leży na sercu dobro kaszubszczyzny, powinni zasiąść do rozmowy, a wysiłki skierować nie na deprecjonowanie inaczej myślących, lecz na pozyskiwanie tych Kaszubów, w których jeszcze tli się resztka ormuzdowego ognia.

Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie powinno przemyśleć swoje relacje ze światem polityki. Dla organizacji regionalnej o tak dużym zakresie działania jak ta współpraca z politykami jest rzeczą naturalną, jednak współpraca powinna ona być partnerska, oparta na obopólnych korzyściach. Tymczasem można odnieść wrażenie, że Zrzeszenie, umieszczając na swych eksponowanych stanowiskach „światowych” ludzi, zaczęło dryfować w kierunku stania się regionalną przybudówką niektórych środowisk politycznych. Taka sytuacja z pewnością służy osobistym karierom pewnej liczby działaczy, jednak skutkuje zawłaszczaniem idei regionalnych, w tym kaszubskiej, przez polityków nie mających oporów przed instrumentalnym traktowaniem ludzkiej tożsamości. W ostatnim czasie Kaszubi doświadczyli takiego traktowania nie tylko w Sejmie, ale nawet w obecności Ojca Świętego. Warto, by mieszkańcy Pomorza szukali liderów wśród tych, dla których od Warszawy i Brukseli bliższe są Gdańsk, Wejherowo, Starogard Gdański.


Related Links:
  • Uchwała senatu w sprawie ustawy (3.12.2004)
    Hits: 1112 File Size: 24.91 KB
    Uchwała Senatu wprowadzająca poprawki do ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych
    Uploaded: 2004/4/9

    Senacki druk 825 - projekt ustawy (5.11.2004)
    Hits: 1012 File Size: 61.06 KB
    Jednolity tekst ustawy skierowany do Senatu
    Uploaded: 2004/4/9

    Sejmowy druk 3206-A (21.10.2004)
    Hits: 645 File Size: 261.06 KB
    Komisyjny projekt ustawy wraz z poprawkami - na trzecie czytanie 4.11.2004
    Uploaded: 2004/4/9

    Druk sejmowy 3206 - errata (9.09.2004)
    Hits: 659 File Size: 17.14 KB
    No description for file.
    Uploaded: 2004/4/9

    Druk sejmowy 3206 (25.08.2004)
    Hits: 857 File Size: 284.47 KB
    Komisyjny projekt Ustawu o Mniejszościach Narodowych i Etnicznych wraz z wnioskami mniejszości - przygotowany na drugie czytanie
    Uploaded: 2004/4/9


    1 2 3 4 5 6 7 8 9 10
    Komentarze wyrażają poglądy ich autorów. Administrator serwisu nie odpowiada za treści w nich zawarte.

    Wysłane przez: Wątek
    Wojtek
    Wysłano:: 24.11.2004 1:04  Zaktualizowany: 24.11.2004 1:04
    Nie mogę oderwać się od tej strony!
    Zarejestrowany: 1.12.2003
    z: Kòscérzna
    Wiadomości: 202
     Niezrozëmienié?!
    Witóm!

    Przeczëtôł jem z zacekawienim staszków articziel, chòc w dosc wiôldżim dzélu ne zdania bëłë ju do przeczëtaniô na Zasobach.

    Jedna ùwôga meritoricznô: "Òdroda" nie je jedurnym pismionã, wëdôwónym dzysu blós pò kaszëbskù. Kò doch jész je "Zwónk Kaszëbsczi".

    We wiela wëpòwiedzów a propos ùstôwkù ò miészëznach czëtóm i słëchóm ò tim, że mdze trzeba wëminiëc tôfle i jaczi mdą tegò kòsztë. Mie sã wëdówó, że to jidze raczi ò to, że, jak w jaczi gminie mdą prawie wëmiénióné tôfle (tak to ju je, że wszëtkò trzeba czasã wëmiénic), to mòżna zarô zrobic dwajãzëkòwé. No ale na to mùszi doch bëc zgòda ùrzãdowô. Dlôte (m.jin.) mùszi bëc taczi ùstôwk, a zamartwianié sã wiele taczich mdze... kąsk mie sã widzy przesadné.
    Prôwdã rzekłszi, bòjã sã, że nawetka, jak Kaszëbi mdą mòglë wprowôdzac dwajãzëkòwé tôfle i jãzëk kaszëbsczi w swòjich gminnëch ùrzãdach, to zajinteresowanié tim mdze znikomé, tak jak to sã dzeje z sylanim dzecy na jãzëk kaszëbsczi.

    Żëczã sobie i nama wszëtczim, żebë tak sã nie stało.

    Wysłane przez: Wątek
    Michal
    Wysłano:: 25.11.2004 13:15  Zaktualizowany: 28.11.2004 21:11
    Nie mogę oderwać się od tej strony!
    Zarejestrowany: 1.4.2004
    z: Żulawskich Rubieży Kociewia
    Wiadomości: 577
     Re: Niezrozëmienié?!
    "5 tysięcy, czyli 1 proc., Kaszubów uważa się za odrębny naród, zaś organizacja zrzeszająca kolejne 1 proc. głosi formułę podwójnej tożsamości. Z wielu stron dostaję sygnały, że pozostałym 98 proc. spory te są zupełnie obce, ich poczucie tożsamości ogranicza się jedynie do jakiejś formy „tutejszości”. W tej sytuacji uzyskanie 50 tysięcy deklaracji używania języka kaszubskiego można uznać za pewien sukces. Jednak należy zadać pytanie jaki wynik można by było osiągnąć, gdyby zwolennicy obu formuł kaszubskiej tożsamości działali wspólnie."

    To w Zrzeszeniu nie ma ani jednego zwolennika opcji narodowej? To by tłumaczyło wiele spraw. I owe rozdwojenie. Tylko, że mi się coś wydaje, że całkiem spora liczba z tych 5000 z hakiem to byli członkowie Zk-P-u właśnie. I dlatego pytanie też jest fałszywe. Słuszniejsze by było takie: Jaką drogą powinna pójść społeczność kaszubska. Bo kompromis to coś pośrodku. I jeżeli wymachiwanie sztandarami jest jedyną szansą, a realia są takie, że ZK-P jest "oficjalnym" przedstawicielem Kaszubów na RP, to rozwiazanie samo się ciśnie. Niech te apartne do tej pory 5100 wstąpi do Zrzeszenia( jak niby nikt z nich nie jest), i prosty rachunek pokazuje, kto będzie miał wiekszość w tym momencie (na pewno nie Kociewiacy ).
    Tylko życie jest o wiele bardziej skąplikowane niż matematyka.
    Michał K.

    PS. Nie chcę nabijać sobie sztucznie gwiazdek, więc pisze to tu. Szkoda, że Staszek nie jest członkiem Zrzeszenia, bo jak wczytuję się w jego ostatnie opinie, prezentowane choćby w tym artykule, to startuje do tegorocznych wyborów na Prezesa ZK-P-u osoba, która ma bardzo zbliżone do jego, poglądy w wielu sprawach. Tak w kwestii samokoreślenia kto jest Kaszubem, tak w sprawie upolitycznienia ZK-P, jak i w sprawach dialogu miedzy różnymi opcjami społeczności Zrzeszeniowej czy szerzej kaszubskiej. Niestety coś wróży mu się porażkę.
    Bo za wielu profesorów jest na szczycie - głoszą ludowi trybuni.
  • Wyróżnienia
    Medal Stolema 2005   Open Directory Cool Site   Skra Ormuzdowa 2002